Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Grudzień 4, 2021

Scroll to top

Top

No Comments

Na narty, na deskę, na całe życie!

Na narty, na deskę, na całe życie!
Alek Hudzik

Zenit, tak można określić przełom stycznia i lutego, jeśli myślimy o nartach i snowboardzie. Ludzie z Europy i nie tylko ściągają do Włoch, Austrii, Szwajcarii i Francji żeby przez kilka dni, najczęściej na dystansie pięciu dni ważności skipassów pobyć w górach. Ja już od kilku lat testuje coraz to nowe szlaki i odkrywam atrakcje kolejnych punktów „must see” na snowboardowej mapie. Takimi też z wami chciałbym się podzielić:

Livigno. Choć kolejność nie ma tu znaczenia a ja nie będę typował zwycięzcy, to Livigno pod jednym względem bije wszystkich na głowę: imprezy. Wizyta w Livigno, zwłaszcza w wąskim, męskim gronie grozi nie zobaczeniem śniegu. Kluby mamy, jeśli nie na hotelowym parterze, to najdalej za oknem. A legendarny status miasta bezcłowego między Szwajcarią, a Włochami obniża ceny perfum, no i oczywiście trunków do niespotykanych w żadnym Europejskim kurorcie. Jeśli już uda wam się wyciągnąć siebie, a za sobą deskę na stok, to czeka was 115 kilometrów tras, które dzięki cudownej naturze gór spisują się doskonale nawet do połowy kwietnia. Tłumów na stokach nie ma, przesiadują w klubach.

Trzy Doliny, można by je nazwać odtrutką dla zarażonych polskimi stokami. Tam tydzień urlopu możecie poświęcić na jazdę nowymi trasami, bez dublowania zjazdów,a i tak zostanie dużo na następny raz. Nie można się dziwić, kurort oferuje 600 kilometrów śniegu z okładem, czyli mniej więcej tyle ile z Katowic do Gdańska. Jest na czym jeździć i jest na co wydawać, bo w każdej z trzech dolin: Saint-Bon, Allues i Belleville, znajdziecie więcej atrakcji niż moglibyście sobie wymarzyć. Każdy poziom narciarstwa i deskarstwa honorowany, nauka na płaskich stokach, gdzie nowoczesne wyciągi, inaczej niż orczyki na polskich oślich łączkach, pozwalają czerpać radość z każdego momentu na śniegu. Dla zaawansowanych szlaki alpejskie, dla tych, którzy wolą samotność puste doliny i trasy, na których spotkacie tylko góry i śnieg.

Laax. Narciarscy puryści mówią, że szczytem i to dosłownie alp jest Chamonix, nie ma się co dziwić, bo trzeba zadzierać głowę, żeby zobaczyć rzucające cień na miasto góry, których królową jest Mont Blanc. Snowboard, którego adoratorem jestem i ja ma jednak inną Mekkę. Laax. Deskarski raj, ze snowparkami, gigantycznymi i idealnie wyprofilowanymi „hopkami” i nieustająco dobrą pogodą, konieczną do zabawy na puchu. Laax jest też jeden z ostatnich bastionów, gdy alpejski sezon dobiega końcowi, a zapaleńcy wspinają się wysoko bo na ponad 3 tysiące metrów, na lodowiec Veroba, by stamtąd w majowych upałach zjeżdżać do już zielonych dolin.

Każde nowo-poznane miejsce niesie ze sobą nowe przygody, o takich już niedługo opowie jeden z najlepszych europejskich Jibberów, Wojtek „Gniazdo” Pawlusiak. A tymczasem, czas pomarzyć o prawdziwej deskarskiej wyprawie, może Kaukaz, gdzie za 200 euro, możemy wyfrunąć helikopterem na szczyty gór, by stamtąd zjechać po dziewiczym śniegu, a może królestwo narciarzy z Ameryki Północnej, Aspen?

O najlepszych miejscówkach na snowboard: wywiad Michał „Brelok” Ligocki

Submit a Comment