Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Grudzień 4, 2016

Scroll to top

Top

No Comments

W drodze z Malindi do Masai Mara

W drodze z Malindi do Masai Mara
Paulina Grabara

Nieplanowane przemieszczanie, nie do końca znane dystansy to zdecydowanie nasza mocna strona. Z hotelu wyjeżdżamy o 4 rano, aby o 16 zobaczyć pierwszą zebrę. Obiadokolacja w Loyk Camp i czas na pierwsze lwy. Bycie w drodze to podróż i przygoda sama w sobie.

Kierowca z lekkością porusza się po niezbyt dobrej nawierzchni. Zaczyna padać deszcz. Na ulicach mimo ciemności można zobaczyć wiele osób. Patrzą na deszcz, palą papierosa. O 6 docieramy na lotnisko, nie ma jeszcze odprawy naszego lotu. Właściwie poza grubą policjantką z bronią i ochroną sprawdzającą bagaże na lotnisku nie ma prawie nikogo. Jedyna otwarta kawiarnia serwuje kawę i kanapki. Pora na śniadanie.

 

Do samolotu docieramy sami – to jest super, że nie trzeba tłoczyć się w autobusie, który podwozi nas do samolotu, który stoi kilkadziesiąt metrów dalej. Co więcej, aby nie moknąć dostajemy parasol. Ja mam  nawet to szczęście, że parasol jest mi niesiony przez młodego mężczyznę, który się uśmiecha i wypytuje czy podoba mi się w Kenii.

 

 

Lądujemy na lotnisku w Nairobi. Czeka na nas Mercy z kierowcą, z którymi drogą pojedziemy do Loyk Masai Mara. Nairobi to miasto korków – wśród samochodów króluje Toyota – pick upy, busiki i sporo osobowych samochodów. Mercy tłumaczy, że Toyota jest zdecydowanie najtańsza w utrzymaniu – mało pali co w przypadku korków lub jeepów z napędem na 4 koła, ma duże znaczenie.

 

 

 

Między lotniskiem a centrum miasta mijamy wiele fabryk, w tle widać drapacze chmur. 3 pasy, ale brak chodnika, więc wszyscy spacerują wzdłuż ruchliwej i zakorkowanej drogi. Mercy tłumaczy, że na piechotę przemieszczają się pracownicy fabryk, którzy niewiele zarabiają i próbują zaoszczędzić na bilecie.

Droga przez Nairobi to przejazd przez supermarket – korki idealnie współgrają z biznesem obnośnym – Kenijczycy sprzedają orzeszki, banany i dzienniki, kapelusze i czapki z daszkiem. Klimatyzatory i znaki ostrzegawcze do samochodu.

 

Nairobi to plac budowy – zauważyć można wiele remontów – słyszymy, że jest plan zmian do 2030. Wszystko zmienia się na lepsze, choć dla nas, białych turystek, obserwowanie niektórych zmian jest bardzo zabawne. Przykład: w Nairobi zamontowano ostatnio wiele świateł na skrzyżowaniach, jednak na ten moment Kenijczycy nic sobie z nich nie robią. Zdają się jechać na czerwonym a stać na zielonym. Na skrzyżowaniach stoi policja i kieruje ruchem, co nadal nie wydaje się być zgodne ze światłami. Mercy opowiada, że w wielu miejscach zarejestrowano kamery, aby karać tych, którzy nie przestrzegają nowych reguł. Kierowcy podobno niewiele sobie z tego robią, machając do kamery i uśmiechając się. Potrzebny czas i kampania edukacyjna.

 

Nairobi to też jedyne miasto na świecie z parkiem narodowym w granicach miasta. Park jest sporą atrakcją nie tylko dla turystów ale też dla Kenijczyków, którzy często korzystają z opcji pikniku wśród zwierząt. Rozrastające się miasto jest jednak sporym zagrożeniem – infrastruktura podchodzi coraz bliżej parku.

 

W końcu wyjeżdżamy z miasta. Po drodze mijamy bible house i najstarszy kościół. Kiedyś  było tu wielu włoskich misjonarzy. Do tego sierocińce dla zwierząt.

Z ciekawością obserwujemy ludzi w wioskach – kwitnie biznes – sklepiki i przede wszystkim liczne targi. Mleko, mięso, jajka- Mercy mówi, że żywnościowo Kenia jest samowystarczalna, nie bazuje na imporcie, przez co na takim targu dość tanio można kupić jedzenie na cały tydzień. Gdy jedni kupują lub sprzedają, inni wypoczywają leżąc przy jezdni. Chyba nikt nie przejmuje się zbytnio spalinami.

 

 

 

 

Pada, droga jest średnia. Zaskakująco dużo wypadków, mimo bardzo przeciętnej prędkości – ciężarówka w rowie, karambol 4 samochodów.

Po drodze widzimy też jak bardzo wielozadaniowe są kobiety – z koszem na głowie, z dzieckiem na plecach –  życie zdecydowanie cięższe niż wielu Europejek wydaje się ich nie przerażać.

Przystanek robimy aby zobaczyć Wielki Rów – ciągnie się przez Afrykę od Izraela po Mozambik przez 9600km. Punkt widokowy jest oczywiście doskonałym pretekstem do sprzedawania pamiątek: czapki, chusty, figurki i maski.

 

 

 

 

 

 

Naszą uwagę przyciągają tez jednakowo pomalowane na czerwono domki, knajpy i sklepy przy drodze. Wszystkie z napisem Coca Cola. Mercy tłumaczy, że marka za darmo odmalowuje budynki, co powoduje, że na darmową reklamę jest wielu chętnych. Pepsi tu nie istnieje.

 

 

 

Mercy mówi nam, że w Kenii żyją 43 plemiona. W latach 50-tych i 60- tych dość mocno się izolowały, dziś z kolei regularnie organizowane są wspólne wieczory kultury. Każde plemię ma swój wieczór – to rodzaj imprezy, podczas której okazywany jest szacunek do plemienia i jego tradycji. Plemiona wymieniają się doświadczeniami i zwyczajami – kto jak przygotowuje wołowinę czy jak je ziemniaki.

 

Dojeżdżamy do zjazdu na drugą bramę wjazdową do parku. Teraz godzinka po prawdziwych wertepach, po rozmokłym, pełnym wody terenie – bez napędu na 4 koła nie dalibyśmy rady. Najgorzej być przechodniem, bo czasem, kończy się w błocie.

 

 

 

Oklaski należą się też naszemu kierowcy, który zna się na swojej pracy – jak przejeżdżać przez rzeki sawanny pokaże nam dopiero podczas gry w Masai Mara.

W końcu docieramy na miejsce. Było warto.

 

 

 

FacebookTwitterPinterest

Submit a Comment