Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Grudzień 6, 2016

Scroll to top

Top

No Comments

Bombaj wita w domu!

Bombaj wita w domu!

Wdech.
Wielkomiejski upał, azjatycka wilgoć, indyjski smog.
Wydech.
Jestem w domu. Bombaju, wróciłam.


Zobaczysz, jak Bombaj* się zmienił. Jest niesamowity tłok… za dużo ludzi, za dużo samochodów. Okropne! – Sap zaczyna mnie straszyć kiedy wsiadamy do przedpłaconej, nieklimatyzowanej taksówki na lotnisku Chatrapati Shivaji International Airport.

Ruch w Bombaju, to tak naprawdę bezruch. Nieustanne korki, setki tysięcy samochodów i wszędobylskich riksz, których kierowcy wcisną się wszędzie, byle by tylko podjechać kolejny metr do przodu. Każda przejażdżka to przygoda, szczęśliwie do tej pory z samymi happy end’ami.

 

Przecież to niemożliwe, żeby był jeszcze bardziej zatłoczony! – śmieję się w głos pamiętając swoje doświadczenia sprzed 2 lat, kiedy spędziłam w tym mieście-molochu 3 miesiące życia. 3 miesiące pełne tłumów ludzi, rzeczy i zwierząt; niekończących się korków; tysięcy klaksonów obwieszczających riksze, autobusy i samochody; przyprawiających o ból głowy i katar spalin. 3 miesiące pełne pysznego jedzenia; mieniących się kolorowych strojów; imprez salsowych; niespodziewanych przygód i nieoczekiwanych przyjaźni.

Udało mi się kupić bardzo atrakcyjny cenowo bilet (ok 1250 zł) na trasie Paryż – Bombaj – Paryż liniami Arabii Saudyjskiej. Szczerze polecam – nowa flota, wygodne fotele, przesympatyczna obsługa i dobre jedzenie. Gdyby tylko nie trzeba było tak długo czekać na lotnisku w Jeddah, które jest jednym z najnudniejszych, na jakich miałam nieprzyjemność być.

 

Dojeżdżamy do Juhu Beach, gdzie spędzam najbliższych kilka dni w domu Sapa, wysiadam z rikszy i zaczynam skakać z radości jak małe dziecko. Muszę przyznać, że ostatni tydzień (mimo swej ogromnej atrakcyjności) był dość mocno męczący. Wtorkowy powrót z Nowego Jorku, niedzielny lot do Brukseli, poniedziałkowy Paryż i potem perspektywa ponad 20-godzinnej podróży do Indii sprawiły, że wsiadając na pokład pierwszego z serii samolotów nie czułam żadnej ekscytacji ani radości. Raczej znudzenie, znużenie i zmęczenie. Jednak w momencie, kiedy wysiadamy przed tym dobrze znanym mi bungalowem czuję nutkę adrenaliny.

 

W lokalnym warzywniaku: Indie to jeden z najlepszych krajów dla wegetarian i wegan (należę obecnie do tych pierwszych, z nieczęstymi wyjątkami na ryby i owoce morza; zmierzam ku tym drugim), dzięki bogactwu i niedoścignionym smakom owoców.

 

Nutka ta zamienia się w całą melodię, ponieważ już kilka godzin później zmierzam rikszą do centralnej dzielnicy Bandra, żeby wskoczyć w taksówkę (władze starają się jakoś poskromić niewyobrażalny ruch na ulicach więc rikszą dojechać można jedynie do pewnego punktu w mieście, później pozostają nam taryfy, prywatne samochody i autobusy) i dojechać do Lower Parel, gdzie mieści się restauracja Shiros, w środowe wieczory goszcząca pasjonatów salsy i bachaty. Latynoskie rytmy i tuzin znajomych, których nie widziałam całą wieczność – moje szczęście nie zna granic! Nie wszyscy wiedzieli, że przylatuję, prawie nikt nie wiedział, że będę dzisiaj na imprezie, więc okrzykom radości i padaniu sobie w ramiona nie ma końca. Inna sprawa, że część salseros mnie nie poznaje: raz, że krótkie włosy; dwa, że – jak to ujmują – ostatnio miałam zdecydowanie bardziej ponętne kształty. Serdecznie się śmiejąc staram się im wytłumaczyć, że to właśnie tak normalnie wyglądam, a ostatnio będąc w Indiach po prostu bardzo przytyłam.

 

Wegetariańskie Dahi Channa Pyaaz Kachori, przepyszne połączenie warzyw, smażonego ciasta i jogurtu. Słodki i ostry zarazem smak to to, za czym najbardziej tęskniłam.
Zamówione w knajpie w Juhu kosztuje 75 rs. czyli troszkę ponad 1 euro. Zamówione na ulicy byłoby dużo tańsze.

 

– Nic się nie martw! – zapewnia mnie aktor serialowy Anu. – Już my zadbamy o to, żebyś znowu dobrze wyglądała! – po czym dziwi się, kiedy lekko się obruszam. – Are, baba…** Przecież wiesz, że faceci w Indiach lubią krągłości. To był komplement!

 

Prawda, że w Indiach nadal panują trochę inne kanony urody i oczywiste jest tu, że kobieta powinna mieć „odpowiednie krągłości na swoim miejscu”, jak to mawiają moi znajomi. Cóż, przy takich deserach o to nie trudno!

 

Zdaje się, że chcą nad moim krągłościami zacząć pracować już teraz, natychmiast, więc ze zdziwieniem i lekkim niepocieszeniem odnoszą się do mojego braku apetytu, kiedy po wyjściu z klubu (chwilę przed drugą w nocy) wpadamy starym zwyczajem do jednej z naszych ulubionych knajpek. We trójkę zabierają się za kurczaka i ryż z warzywami, a ja sącząc wodę uśmiecham się różnymi zmysłami wchłaniając wszystko to, co mnie otacza. Tak inne, a tak znajome.

 

Tylko najwytrwalsi tańczą do końca imprezy!

 

Faceci podwożą mnie pod dom Sapa i na pożegnanie rzucają mi nazwę klubu, w którym jutro salsujemy. – Do zobaczenia Magu! Cieszymy się, że wróciłaś!
Ja też panowie, ja też.

 

* Do 1996 roku miasto to nazywało się Bombaj i tak też o nim mówi zdecydowana większość moich znajomych. Przejęłam od nich ten nawyk, dlatego w moich tekstach będę używać starej nazwy.

**Are, baba… może mieć wiele znaczeń, zależnie od kontekstu. Tu coś w stylu: „No weź…”

FacebookTwitterPinterest

Submit a Comment