Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Grudzień 7, 2016

Scroll to top

Top

No Comments

Posprzątam sobie w głowie!

Posprzątam sobie w głowie!
Paulina Grabara

„Umyj okna na wiosnę” daje się słyszeć w wielu domach. Wiosenne porządki część z nas ma już za sobą. Jedni po zimie zrzucają zbędne kilogramy, sprzątają w szafie czy ogrodzie, a ja postanowiłam posprzątać w swojej głowie i ciele.

DETOKS: Najpierw powiedziałam „tak jadę”, a potem dokładnie przeanalizowałam stronę internetową, na której w skrócie napisano, co mnie czeka. I podobno detoks należy przeżyć i odkryć samemu. Ja z jednej strony żałuję, że nie wiedziałam jak to wygląda (nie lubię niespodzianek!), z drugiej jestem przekonana, że gdybym wiedziała, to nigdy bym się na taki wyjazd nie zdecydowała. A dziś, 2 tygodnie po detoksie wiem, że było warto.

 

Niedziela
Wyjeżdżamy z Warszawy do Szczyrku. Zima w tym roku postanowiła „zabawić” trochę dłużej, więc przed oknem mojego hotelowego pokoju po przyjeździe przyglądam się narciarzom i snowboardzistom. Jeszcze jest dobrze – siedzę w słońcu na tarasie i czytam książkę. O 16 spotykamy się na „ostatni” sok. Wtedy jeszcze nie wiem, co to oznacza. Notujemy grafik zajęć. „Kąpiel jelit” (sama tego nie wymyśliłam – tak było na stronie internetowej detosku), obowiązkowy spacer, joga z elementami medytacji, „obiad” czyli ziółka, zajęcia na „wypranie” głowy. Obowiązkowa sauna, czyszczenie jelit, oliwa z cytryną i czyszczenie wątroby. I tak codziennie. Niedziela jest wprowadzeniem.

 

Poniedziałek
Wstaję rano. Jeszcze nie jestem głodna. Pierwsze czyszczenie jelit okazuje się być mniej inwazyjne niż myślałam. Śniadanie! Jakaś dziwna pasta, która przyspiesza usuwanie toksyn z organizmu smakuje naprawdę nieźle. Pierwszy posiłek mamy za sobą, więc nie myślę o jedzeniu. Z pierwszego wspólnego spaceru uciekam – przypominają mi się czasy szkoły podstawowej. Kilkanaście osób ciągnących się za sobą. Ale reszcie grupy to się chyba podoba. Tracę tylko niezwykłe widoki. Zajęcia z jogi – trochę się „kręcimy”, coś ćwiczymy – poziom aktywności daleki jest jednak od znanej mi Ashtangi. Potem koncentrujemy się na naszym ciele: rozluźniamy czoło i tak od czubka głowy aż po palce u stóp. Pamiętam to z pierwszych moich kontaktów z jogą. Było tak samo ciężko. Marta, pomysłodawczyni tego „zamieszania” o rozluźnianiu, ja o tym, kiedy to się skończy. Marta o wejściu na kolejnym poziom świadomości – ja o tym, jak dam radę dotrzeć na saunę. Marzę tylko o łóżku.

 

Wtorek
Marta sprawdza sitka – jesteśmy po pierwszym czyszczeniu wątroby. Ale wtorek nie zaczyna się dobrze. Ledwo udaje mi się dowlec do łazienki. Jeśli te okropne toksyny można poczuć (a uwielbiam namacalność) to moje zaczynają mówić. Mówić – krzyczą potwornie i potrzebują uwolnienia. Pytam Marty czy mogę zostać w łóżku, ale spacer dalej jest obowiązkowy (podobno łóżko grozi zzielenieniem, osłabieniem i wszystkim tym, co możemy zrobić sobie robiąc detoks sami w domu. Tym razem jestem na tyle słaba, że przez jakieś 20 minut ciągnę się za grupą. Ale było warto – dominują rozmowy o jedzeniu: kto co zje z grilla jak już wystartuje sezon, jakie kabanosy są najlepsze. Po co oni sobie to robią słyszę krzyki w mojej głowie. Ale nie robię się bardziej głodna, więc nie jest źle. Daję radę nawet dotrzeć na jogę – jedni „świrują” pełni energii, inni leżą zakopani w śpiwory i patrzą jak „ćwiczymy”. No może każdy rusza się na swoje możliwości. W końcu doceniam część, kiedy leżymy i koncentrujemy się na naszym ciele. Zapadam się w tych stanach świadomości, z każdym oddechem bardziej odpływam. Zaczyna mi się to naprawdę podobać. Sauna też jest w porządku – niektórzy toczą fascynujące dyskusje, czasem nawet mam ochotę trochę się przegrzać i posłuchać, ale z drugiej strony męczą mnie, a czasem irytują bardziej niż zwykle – w moim świecie. Wieczorny drink na 3 piętrze stał się już głównym punktem programu (przypominam: oliwa i sok z cytryny) – jakby powiedziała moja mama wszystko dzieje się w naszej głowie. Mam wrażenie, że niektórzy w rzeczy samej przybywają w odświętnych piżamach do baru na 3 piętrze, gdzie z zapałem i głodem alkoholika piją kolejne łyki gęstego napoju.

 

Środa
Mogła być najgorsza. Jednak moja wątroba dała radę (chyba, że ją źle nagrzałam w nocy – a ogrzewanie przyspiesza wyrzucanie toksyn). Sam dzień wcale nie jest tragiczny – znów wymykam się sama na spacer, stany świadomości są coraz bardziej aktywne. Po jodze znów padam do łóżka jak nieżywa. Zabawne jak takie toksyny są w stanie osłabić organizm. Trzy książki, które zabrałam z Warszawy, a czytanie nie idzie. Strona po stronie bohaterowie zawieszeni nieco w swym problematycznym świecie miłości, seksu, namiętności, pasji stają się zbyt wymagający. Odział psychiatryczny. Kolejne teksty literackie. A ja jestem w szpitalu – znów zapomniałam zagotować wodę na płukanie jelit, albo do termoforu. Nieważne – trzeba wykraść chłodną i przegotowaną. O 17 są jak zawsze ćwiczenia „na głowę”. A może to była 16. Mam wyrzucić z siebie całą nienawiść do świata: kto mnie denerwuje, krzywdzi, dlaczego. To wyrzucanie z wątroby. Na ten poziom chyba wskoczę przy następnym detoksie. Na razie raczej wszystkich, których postawiłam w dwuszeregu, uniewinniam. Wieczorem na 3 piętrze już prawdziwa impreza. Ostatni drink. Kolega x opowiada, że jak to tylko detoks się skończy, wracając do Warszawy zatrzyma się na festiwalu golonki. Umieram z ciekawości czy się zatrzymał. Fascynujące. Oczyszczamy się, żeby znów szybko się „zabrudzić”, żeby móc zarezerwować kolejny termin na kolejne oczyszczanie. Napisałabym, że po co, ale z drugiej strony myjemy się wiedząc, że jutro znów będziemy brudni. Jemy, mimo, że zaraz znów będziemy głodni.

 

Czwartek
Dzień soku. Sok oznacza koniec detoksu. O której będzie? Byle tylko znać godzinę. Ale idzie pod górkę. 16, 17? Każde 10 minut robi mojej niespokojnej głowie wielką różnicę. Idziemy palić nasze wątrobowe kartki. Genialna scena. Wszyscy przejęci, jakbyśmy naprawdę palili tych okrutnych ludzi, przez których mamy takie żałosne życie. Może niektórym to pomaga. Jedna kartka się nie pali – współczuję. No chyba, że to moja. Ostatni raz taką „przygodę” przeżywałam odkrywając na Haiti laleczki voodoo. Chyba to powątpiewanie podnosi drastycznie dawkę toksyn w moim organizmie. Grupa na spacer. Ja na dodatkową „kąpiel” jelit. Pomaga, więc dołączam na jogę. Potem czekają nas (możliwe jednak, że tylko mnie) najdłuższe godziny … w oczekiwaniu na sok. Są jeszcze inne gadżety – jakieś pola magnetyczne, świecowanie uszu – prawdziwa bajka. Ale po soku nie zamierzam z niczego rezygnować. Uciekłam tylko z ćwiczenia, w którym mówimy każdemu 3 pozytywne rzeczy o danej osobie. Idealna zabawa dla mnie. Zbyt dużo obcych i nie moich elementów, żeby wytłumaczyć czemu postanawiam całe 3 słowa powiedzieć tylko jednemu z uczestników. A i to było bardzo ciężkie! Brawo Ja. A zastanawiałam się czy uciec czy jednak nie. Dzień pełen emocji – ale najgorsze dopiero nadchodzi: dowiaduję się, że z detoksu trzeba teraz przez jakiś czas „wychodzić”. A plan na piątek był już od jakiegoś czasu przygotowany: kolacja, wino, koncert jazzowy. Tym razem jak Scarlett: pomyślę o tym jutro.

 

Piątek
Jabłko pieczone na śniadanie. To podobno najlepszy posiłek w życiu. Nie wiem. Dla mnie po prostu w końcu posiłek. Zjadam dwa jabłka (jak dobrze że kolega x – inny niż x od golonki – zdecydował się porozkoszować jeszcze kilka dni głodówką, więc użyczył mi swojej porcji).

KONIEC. Wyjeżdżamy. Kierunek dom. Mama jak mnie widzi jest tak przejęta, że zmizerniałam, że kupuje mi świetne spodnie od piżamy w kolorowe kwiaty. Idealne na letnie poranki, kiedy zajadać będę świeże maliny i truskawki i popijać aromatyczną kawę. Wiem, że kiedyś wrócę. Może nawet wezmę udział w ćwiczeniu, z którego teraz uciekłam. Co zyskałam? Kilka kilogramów toksyn mniej i coś personalnego, bardzo ważnego dla mnie.

FacebookTwitterPinterest

Submit a Comment