Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Grudzień 9, 2016

Scroll to top

Top

No Comments

Bombaj – Bangkok express

Bombaj – Bangkok express
Magda Bebenek

Początkowo miałam być w Bombaju do 22ego lutego. Jednak w połowie stycznia uświadomiłam sobie, że biorąc pod uwagę wszystkie zaplanowane przeze mnie wyjazdy, w mieście tym został mi niecały tydzień. Postanowiłam, że niemożliwym jest, żebym wyjechała z Indii tak wcześnie. Do kiedy tylko wiza pozwoli mi zostać! – pomyślałam i poczułam, jak kamień spada mi z serca. Najtańszy bilet powrotny znalazłam na 4ego kwietnia na Ukrainę, z której wracałabym dalej autostopem lub pociągiem. Osiadłam więc szczęśliwa w Bombaju, do czasu kiedy po niespełna półtora tygodnia, w Walentynki o 1:55 nad ranem, wsiadłam w samolot do Bangkoku.

Również w połowie stycznia uświadomiłam sobie, że czuję się w Bombaju jak w domu. Mam świetnych znajomych, ulubione miejscówki, plażę pod nosem, bardzo wygodne i interesujące życie. Kilka minut później przyszła decyzja – przeprowadzam się! Tylko jak to zrobić porządnie, na odpowiedniej wizie? Wymagania dotyczące wizy pracowniczej dla obcokrajowców są dość mało korzystne jeśli nie jest się specjalistą w swojej dziedzinie, a jedynie firangi (hindi: obcokrajowiec), który chce się w Indiach na trochę osadzić – min. pensja na kontrakcie z pracodawcą musi wynosić 25 000$, czyli około 2 000$ miesięcznie. Kwota ta równa jest mniej więcej 100 000 rupii i jest dziesięciokrotnie wyższa niż powiedzmy pensja kelnera w dobrej restauracji lub hotelu. Oczywiście, rzadko którzy obcokrajowcy rozważaliby ofertę pracy za niższą stawkę (nasze koszty życia są tu zazwyczaj dużo wyższe niż przeciętnego Hindusa), jednak ja nie jestem specjalistą w żadnej dziedzinie więc ciężko mi takiej pensji wymagać. No, chyba że specjalistą w znajdywaniu się w ciekawych sytuacjach i w poznawaniu odpowiednich ludzi. I zdaje się, że to może być mój największy atut na indyjskim rynku pracy…

 

Bombaju, będę tęsknić!

 

Zaczęłam pytać znajomych, zastanawiać się co bym mogła w Bombaju robić, jak znaleźć kogoś, kto pomoże mi w aplikacji wizowej. Zdobycie wizy biznesowej nie byłoby żadnym problemem, ponieważ kilkoro moich znajomych ma własne firmy i z chęcią dałoby mi wymagany list referencyjny. Jednak ten typ wizy nie pozwala mi w Indiach zarabiać. Jasne, wszystko da się obejść – szczególnie tam – ale nie o to mi chodzi. Nie w momencie, gdy chcę tam zabawić na dłużej. W przeciągu tygodnia zaczęły do mnie nagle spływać przeróżne oferty: PR manager wziętej restauracji i klubu na południu miasta; pomoc w kreacji eventów w restauracji znajomego; zaproszenie na darmowe wyjazdy po Gudżaracie z osobami, które promują ten stan w zamian za publikowanie zdjęć i aktualizacji na moim fanpage; możliwość podpatrzenia pracy w studiu nagrań telewizyjnych; prowadzenie zajęć tanecznych; praca w charakterze hostessy…

 

W trakcie przerwy na lunch podczas niezwykle wystawnego dwudniowego wesela w Aamby Valley, gdzie byłam jedną z 4 białych hostess zabawiających 500 gości. Styczeń 2011 r.

 

W zeszły poniedziałek rano byłam przekonana, że będę pracować jako PR manager wspomnianych wyżej lokali.

W porze lunchu spotkałam się z producentem reality shows i programów podróżniczych dla indyjskiej telewizji. Przedstawił nas sobie wspólny znajomy z Amedabadu, a my od razu znaleźliśmy wspólny język. Narendra wspomniał o programie, który chce zrealizować i do którego potrzebować będzie białego backpackera. Od razu pomyślałam – olać PR, gdzie mam wysyłać zgłoszenie na casting? Zaraz po tym spotkaniu rozmowa z Royem, w którego restauracji miałam stworzyć swój sygnowany wieczór. Po południu myślałam więc, że będę gwiazdą indyjskiej telewizji i jednej z restauracji w dzielnicy Santacruz.

Stamtąd poleciałam na spotkanie z Kirkiem, właścicielem domu produkcyjnego reklam telewizyjnych i wspólnym znajomym kumpla, u którego mieszkałam przez ostatnie tygodnie w Bombaju. Cały tydzień spędził na spotkaniach w Singapurze więc zdałam mu szybko relację z moich postępów w lokalnych poszukiwaniach pracy. Wysłuchał uważnie, po czym zaproponował, że jeśli moja praca w PR nie wypali, może mnie zatrudnić na 1.5 miesiąca u siebie w biurze, gdzie powoli będę mogła się wdrożyć w to, jak funkcjonuje produkcja reklam. Późnym popołudniem miałam więc w garści również pracę biurową w produkcji.

Po wszystkich spotkaniach półbiznesowych poszłam na spacer z Sunnym, bardzo dobrym znajomym z salsy, po którym wylądowaliśmy ponownie w towarzystwie Kirka. Kika piw później siedzieliśmy w Bonobo i podczas gdy faceci dyskutowali o różnych odmianach jogi i medytacji, ja zaczęłam tańczyć sobie do oldschoolowych przebojów  hiphopowych puszczanych przez lokalnego DJa. Po chwili Kirk zawołał mnie do siebie i konspiracyjnym tonem powiedział: Podejmuję w tej chwili ogromne ryzyko, ale przez cały wieczór myślałem i mam propozycję. Masz wiele talentów i mam przeczucie, że będą z Ciebie ludzie. Tylko odpowiedz mi na dwa pytania. Czy: chcesz się dać wyszkolić? i co będzie, jeśli Ci powiem, że pojutrze musisz być w Bangkoku? – skończył lekko podejrzliwie, a ja poczułam stado motyli w brzuchu.
– Tak i daj mi sprawdzić jakie są ceny biletów do Polski z Bangkoku. Musiałabym inaczej wracać do kraju. – odpowiedziałam bez zastanowienia. Kilka minut później wiedziałam już, że będę miała zapewnione wyżywienie i zakwaterowanie, do tego opłacony przelot do Tajlandii i później do Europy.
I to, że na następny dzień musiałam skrzyknąć ludzi na spotkanie pożegnalne.

 

Z grupką znajomych na wtorkowym spotkaniu przedwyjazdowym.

 

Wtorek spędziłam latając po mieście i załatwiając ostatnie sprawy przed wyjazdem – w końcu nagle odjęłam sobie półtora miesiąca w Bombaju! Dodatkowo, niestety, przy obecnych procedurach wizowych, nie mogę wrócić do Indii po zakończeniu projektu w Bangkoku. Wieczorem znajomi nie szczędzili mi z lekka uciążliwych pytań: Ale co się stało? Czemu tak nagle? Co będziesz robić? Co potem? Kiedy wracasz? Co to za projekt w ogóle?. Może nie byłyby tak uciążliwe, gdyby nie fakt, że dosłownie na każde z nich musiałam odpowiedzieć krótkie, uśmiechnięte Nie wiem. 10, 20 razy. I za każdym z nich wzruszeniem ramion i jeszcze szerszym uśmiechem odpowiadać na ich zbulwersowane Ale jak to??.

 

Dopiero w środę po południu, dokładnie w momencie, w którym płaciłam za przewodnik po Włoszech, który kupowałam w prezencie pożegnalnym dla Sunniego, uderzyły mnie te wszystkie spojrzenia i pytania. Był to mocno skomasowany atak, który wywołał drżenie rąk, napięcie w żołądku i wilgoć w oczach – Co ja robię?? – nagle przed oczyma zobaczyłam wszystkie plany, które miałam na nadchodzące miesiące: spędzanie czasu ze znajomymi, spacery po plaży, fesitwal salsowy na Goa i cotygodniowe imprezy z moimi ulubionymi partnerami tanecznymi, sponsorowane wycieczki po plemiennych regionach Gudżaratu, organizacja eventów, spontaniczna wycieczka po wybrzeżu Maharasztry, lekcje tańca i hindi… Wszystko to sprawiło, że zaczęłam żałować tego, jak łatwą ręką przychodzi mi zgadzanie się na podobne propozycje. Ale żal nie miał sensu, nie wniósłby nic pozytywnego do tej sytuacji, a wręcz przeciwnie – zniszczyłby wszelką radość, której mogłam doświadczać. Przegadałam więc sprawę sama ze sobą i doszłam do wniosku, że była to zupełnie normalna relacja. W końcu miałam już pewne oczekiwania związane z czasem w Bombaju, a Bangkok był jedną wielką niewiadomą. Jasne, że bardziej związana emocjonalnie będę z czymś, co, przynajmniej w mojej głowie, jest częścią rzeczywistości. Najważniejsze jednak uświadomić sobie, że te wszystkie plany nie były częścią rzeczywistości – przyszłość dopiero przede mną! I nieważne gdzie będę, świat jest pełen możliwości i już ja o to zadbam, żebym z nich odpowiednio korzystała. Odchodząc od kasy miałam więc na twarzy ogromny uśmiech, czułam pozytywne podekscytowanie i nie mogłam się doczekać ostatniej przez najbliższych kilka miesięcy kolacji w Indiach.

 

Idealne połączenie dwóch światów: banana roti, czyli jeden z przepysznych tajskich owoców w indyjskim cieście na placek roti. Polane skondensowanym mlekiem, pychota!

 

Bombaj – Bangkok express, do którego wskoczyłam, miał 3 przystanki:
1. Decyzja o pozostaniu w Indiach;
2. Decyzja o przeprowadzce do Bombaju;
3. Decyzja o wyjeździe do Tajlandii;
Kupiłam bilet w jedną stronę, a teraz z radością wyglądam każdej kolejnej stacji.

 

Przystanek Bangkok!

 

Choć chwilowo z ogromną ciekawością oczekuję jutra. Nasz producent i reżyser wrócili dzisiaj z Singapuru, gdzie polecieli na spotkanie przeprodukcyjne z klientem, więc od jutra ruszamy pełną parą.

Zobaczmy, jak się tworzy magię reklam!

 

A w przerwach między nagraniami – lepki ryż i najsłodsze mango, jakie jadłam w życiu!

 

 

FacebookTwitterPinterest

Submit a Comment