Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Grudzień 9, 2016

Scroll to top

Top

No Comments

Moje własne, kameralne Mexico City

Moje własne, kameralne Mexico City
Paulina Grabara

Cudowny i piękny, kolorowy i egzotyczny – Meksyk miał w sobie jakby w definicji ogromną przestrzeń. Nawet mariachi w mojej wyobraźni stali przy pustej drodze, gdzie raz na kilka godzin przejeżdżał samochód (obowiązkowo rozpadający się pick up), który zabierał ich na pakę i dowoził do miasteczka, w którym grali za pieniądze. Dlatego planując zwiedzanie Meksyku po Mexico City (w zależności od statystyk chyba trzecim największym mieście na świecie), niewiele się spodziewałam.

 

Zupełnie nie wiem dlaczego, ale myślałam, że odbiorę je podobnie jak Jakartę – jako zakorkowaną, śmierdzącą i po prostu brzydką stolicę. Kiedy jeszcze przed wylotem koleżanka powiedziała mi, że na zwiedzenie samego Mexico City powinnam mieć tydzień – nie wydawałam się przekonana. Słyszałam tylko, że wielkim przeżyciem jest lądowanie (lub startowanie) z lotniska w stolicy – szczególnie, gdy jest ciemno, a miasto wciąż żyje, i miliony świateł malują jego obraz. Próbowałam z okna samolotu zrobić jakieś zdjęcia, ale niestety nie wyszły, choć obraz pozostanie w pamięci na zawsze. Miasto światła szokuje swoją powierzchnią (na której szacuje się, że mieszka między 22 a 25 milionów ludzi), jest tak rozległe, że wydaje się być nieskończone. Ale Mexico City zaskoczyło mnie nie tylko swoją wielkością i położeniem (leży na wysokości ponad 2200m n.p.m., pomiędzy dwoma wulkanami), ale przede wszystkim swoim pięknem i sztuką, która jest nierozerwalnie związana z codziennym życiem miasta i jego mieszkańców.

Zamiast zwiedzać podstawowe miejsca turystyczne (jak Bazylika Matki Boskiej z Guadalupe czy Narodowe Muzeum Antropologii) ja zaczęłam od spaceru po „centrum”. A właściwie to zaczęłam od kupienia przewodnika po mieście Lonely Planet i kawy we włoskiej kawiarni w meksykańskiej stolicy. Plan był taki: najpierw spacer, a potem w drogę… czyli do Coyoacan i San Angel. Spacer podczas upału, słońce topiące skórę, ostre światło dnia – to dokładnie to, co lubię. Wszędzie dała się zauważyć policja na sygnale – nawet kiedy stała bezczynnie na środku promenady spacerowej. Prawdopodobnie miała być lepiej widoczna i przypominała wszystkim, żeby „mieli się na baczności”. Podobało mi się także, że tyle osób dba o czystość swoich butów – panowie siedzą dostojnie czytając gazetę, podczas gdy ich buty z każdym ruchem ściereczki błyszczą się coraz bardziej w ostrych promieniach słońca. Około godziny 10 rano dotarłam na Plaza Garibaldi. Podobno najlepiej przyjść tutaj w nocy, kiedy mariachi czekają w gotowości aż ktoś zamówi u nich piosenkę. Ja przyszłam rano, kiedy zmęczeni po całej nocy pakowali swoje gitary w czarne pokrowce (te futerały zawsze przypominają mi film Desperado i ukrytą w nich broń). Nie byli weseli i pełni energii – wydawali się raczej pokonani ciężką artylerią nocy. W jednym barze na rogu wciąż jednak popijali coś ze szklaneczek, grali i śpiewali na cały głos. Teraz już tylko dla siebie, bar był zamknięty, a uchylone pozostały tylko boczne drzwi. Na placu poza mną nie było prawie nikogo.

 

W te rejony postanowiłam wrócić później, bo jak najszybciej chciałam się dostać i pochodzić sobie po Coyoacan. Wsiadłam do metra (podobno najtańsze na świecie) i wcale nie byłoby tak strasznie jak mnie uprzedzano (tylko trochę gorąco i tłoczno), gdyby nie fakt, że nagle metro utknęło w jakimś tunelu. Ciemno, brak powietrza i coraz większy ścisk – i tak przez kilka minut, w kilku różnych miejscach – tunel zdawał się nie mieć końca. Ale skoro każdego dnia tak podróżują Meksykanie, to chyba i ja dam radę przeżyć – pomyślałam. Choć w pewnym momencie zwątpiłam – mnie dodatkowo przeszkadzało to, do czego oni są przyzwyczajeni – Meksykanie nie szanują prawa do ciszy, a może jej po prostu nie potrzebują. W metrze leci głośna muzyka, handlarze przekrzykują się oferując podróżującym wszystko, co są w stanie wnieść ze sobą do wagonu. Są gwizdki, krzyki, gwizdy i dźwięki różnych rodzajów muzyki – bo przecież ile osób, tyle gustów muzycznych.

Cisza nastała jak tylko wydostałam się z metra i znalazłam w Coyoacan. Tu miałam już swój plan: dom Trotsky’ego, Muzeum Fridy Kahlo (warto! I jaki oni mieli dom i ogród, a poza obrazami można poczytać listy oraz zobaczyć w jakich warunkach Frida tworzyła), Mercado Coyoacan – aż do Plaza Hidalgo. Tu zrobiłam małą przerwę, aby popatrzeć na przechodniów: policja mówi „Buenos tardes”, a dzieciaki nie przestają jeść (może dlatego, że podobno w okolicach placu sprzedawane są najlepsze lody w mieście). Przez uroczy Plaza Santa Caterina, gdzie była karuzela i moje ulubione „filiżanki” w których obracają się dzieciaki, przeszłam się do San Angel (kto ma ochotę na kawę lub śniadanie polecam La Pause – to nie tylko kawiarnia, ale także księgarnia i galeria sztuki). San Angel znajduje się wciąż w granicach aglomeracji, ale jest to idealne miejsce, aby uciec od tłoku, i wszystkiego, co kojarzy nam się z metropolią (czy megapolis). Brukowanymi uliczkami warto dotrzeć do Inglesia del Carmen oraz przysiąść obok fontanny złożonej z wielu talerzy, filiżanek i waz.

Znajomi, którzy mieszkają w Mexico City rzadko odwiedzają Coyoacan, choć twierdzą, że lubią to miejsce. Oni zabrali mnie do Condesy – tu znajduje się wiele barów, kawiarni i restauracji. Pokazali mi Condesa DF (www.condesadf.com), który urzeka wyjątkowym designem. W niezwykłych wnętrzach lub na dachu, gdzie znajduje się bar, lokalni bywalcy, celebryci i tacy jak ja turyści spotykają się na leniwe śniadania, na ‚before’ – sushi i kieliszek wina lub na imprezę. Siedząc na dachu hotelu można zobaczyć nowocześnie umeblowane dwupoziomowe lofty i zrozumieć jak artystycznie rozwinięte, nowoczesne i odprężające jest Mexico City.

FacebookTwitterPinterest

Submit a Comment