Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Lipiec 30, 2016

Scroll to top

Top

No Comments

O wchodzie słońca w Bangkoku

O wchodzie słońca w Bangkoku
Paulina Grabara

Co zrobić kiedy dokucza jet lag i nie pomaga nawet liczenie owieczek? Najlepiej wyjść na ulicę i zobaczyć jak Bangkok budzi się do życia!

Przed godziną 24 padam ze zmęczenia. Druga noc w Bangkoku. Po niecałych 3 godzinach budzę się: zimno od klimatyzacji, to znów gorąco po jej wyłączeniu. No nic nie usnę. Biorę książkę- czytam kilkadziesiąt stron i po 4 postanawiam spróbować usnąć. Wiem, że nie wygram. Za oknem widzę, że świta. Komfort bycia w Azji polega na tym , że mogę się poddać nieprzespanej nocy – pójdę spać jak organizm powie, że to czas.

Wychodzę na ulicę. Jest tak głośno, że mimo, że próbuje pogłośnić ipoda, nadal słyszę tylko szum samochodów. Okazuje się, że dla Tajów to już pora śniadania. Ja zaczynam od kawy- na migi dogaduje się ile kosztuje, że bez mleka i cukru. Nie spodziewałam się tylko, że zamawiam mrożoną ale co tam! Pokazuje plastikowy kubek – że „na wynos”. Pan się uśmiecha, ja też, to pogadaliśmy. Jestem pod wrażeniem tego co dostaje – plastikowy kubek umocowany jest jakby w foliówce – trzymam sobie swobodnie i popijam przez różową słomkę. Całkowicie nowojorski zwyczaj za 20 bahtów (2 dolary).

 

 

 

Popijam kawę i wchodzę w uliczkę ze straganami – pora na śniadanie – przynajmniej dla Tajów, bo w hotelu serwowane jest od 7:00. Przy pierwszym stanowisku kobieta gotuje kurczaka, inna w wiklinowym durszlaku cedzi ryż, są już gotowe mięsa, kawałki smażonego kurczaka. Obiad na śniadanie? Sama już zaczęłam praktykować w hotelu jedząc smażone warzywa. Na chwile obezwładnia mnie słodki zapach, którego nie mogę rozpoznać – to jedyne słodycze, które lubię (miękkie ciasto zmiksowane z masą kokosową?). Przypomniało mi się, że w sumie to jestem głodna. Idę dalej kusić zmysły: smażone ryby, kokosy, świeże warzywa i dania „na wynos” pakowane w liście bananowca. Są też moje ulubione kanapki trójkąty z tuńczykiem – założę się, że czekają na turystów, którzy za kilka godzin zaczną tłumnie spacerować ulicą, kupując, fotografując i oglądając.

 

 

 

Na jednym ze stoisk zauważam zestawy z kwiatkiem i wodą. Próbuję zapytać dla kogo ten kwiatek, ale w odpowiedzi słyszę „yes”. Widząc mój aparat zrozumieli, że pytam ich czy mogę zrobić zdjęcie. Po przeciwnej stronie ulicy znajduję odpowiedź: widzę mnichów którzy do blaszanych pudełek zbierają jałmużną (jedni wkładają jedzenie i odchodzą, inni dają dodatkowo pieniądze czy modlą się). Myślę chwilę czy zrobić zdjęcie ale rezygnuje. To ich prywatność.

 

 

Na przejściu dla pieszych mijam człowieka – coś do mnie mówi, ale nic nie rozumiem. Niektórych to nawet jak mówią do mnie po angielsku też nie rozumiem – mam upośledzenie umysłowe, które nie pozwala mi domyślać się o co komu chodzi. Czuję się trochę jak Bill Murray w filmie Między słowami. Tylko nie jestem tu z Murrayem, a szkoda. Zmieniając temat zwracam uwagę ilu Tajów chodzi w maskach – to te zanieczyszczenia – tylko my biegamy z „rozdziawionymi” buziami zachwycenie korkami, brudem i hałasem. Turyści…

 

 

Cały czas zapominam, że tu ruch lewostronny. Może z niewyspania. Nic – mam nadzieję, że nikt mnie nie potrąci gdy wracam na kolejną kawę i śniadanie do hotelu.

FacebookTwitterPinterest

Submit a Comment