Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Grudzień 2, 2016

Scroll to top

Top

No Comments

La Maison de Campagne/Saigon/Vietnam

La Maison de Campagne/Saigon/Vietnam
stylish travellers

Świadomy odpoczynek. W miejscu wypełnionym bambusami, kwiatami lotosu, palmami przy basenie, meblami z zakładu właściciela i licznymi pamiątkami, zapominamy o pędzie świata. Tu inną długość i przede wszystkim jakość ma minuta trwania.

 

 

 

La Maison de Campagne to willa z 5 sypialniami, która oddalona jest jedynie godzinę drogi od Sajgonu. Niemalże 10 milionowe miasto warto jest pozostawić na rzecz poznania lokalnego życia i zaznania spokoju. Nawet na 1 noc. Nie ma tu pośpiechu, nie ma krzątaniny. Nikt w biegu nie uprząta talerzy czy nie biegnie z ręcznikiem przed śniadaniem by zająć łóżko bliżej basenu.

 

Pierwszy dzień. Budzi nas kogut. Zaraz za nim głos zabierają kury, następnie psy. Kiedy odchylamy firany widzimy mężczyznę, który czyści basen z liści. Czas na poranną kawę – nie ma tu typowej restauracji ani tym bardziej typowych kelnerów, ale kawa po wietnamsku po chwili trafia na mój stolik. Siedzę przy stoliku. Słyszę dźwięki podobne do buddyjskiej modły – możliwe, że to czas właściciela dla Buddy. Do otwartego pokoju – restauracji przez ceramiczne płytki z dziurkami przedziera się słońce. Podświetla liczne posągi buddy – właściciel właśnie przyniósł świeże, piękne kwiaty lotosu. Robi tak każdego dnia.

 

 

 

Posiłki są bardzo smaczne – pierwszego dnia przyjeżdżamy zmęczeni po długiej podróży. Może być ryba – pyta właściciel? Przytakujemy i jej smak zabierzemy ze sobą we wspomnieniach. Serwowana z ananasem, przygotowana w glinianym garnuszku po brzegi wypełnionym przyprawami. Następna kolacja to kolejny posiłek przygotowany na bazie tego co udało się nabyć na lokalnym targu: krewetki z cebulą i czosnkiem, świeże warzywa, dressing z gorczycą.

 

La Maison to całkowite odbicie historii swojego właściciela. Urodzony w Sajgonie, wychowany we Francji, Thai studiował architekturę w paryskiej National Academy of Fine Art. Podczas swojej pracy zawodowej wielokrotnie projektował hotele na tajskim Phuket. Opowiada, że to on do Tajlandii sprowadził koncept francuski koncept Club Med.

Kiedy w 1990 roku Wietnam otwiera się na świat postanawia wrócić do kraju, który pozostawił jako mały chłopiec. Tu pragnie stworzyć coś swojego. Zaczyna od lokalnej wioski znanej z wyrobów z laki – to w niej (tu gdzie dziś mieści się La Maison de Campagne) otwiera warsztat i postanawia robić coś, czego nie robił nikt przed nim – lakę wykorzystuje nie jak lokalna ludność do drobnych wyrobów i dekoracji, ale projektuje z niej meble. Stoliki, stołki, szafki, wanny – podobno także te, które zachwyciły nas w luksusowym hotelu The Nam Hai. Ma 2 butiki w Paryżu, w którym sprzedaje swoje meble.

W 2001 roku, na ziemi na której rosły drzewa owocowe (głównie słodkie mango), buduje dom. Na początku dla siebie, rodziny i przyjaciół, którzy mieszkają w różnych częściach świata. Potem zaczęli przyjeżdżać przyjaciele przyjaciół i tak Thai postanowił otworzyć swój dom i stworzyć B&B. Ekspaci często wynajmują willę jako całość, na weekendy czy uroczystości.

 

Thai zwrócił szczególną uwagę na architekturę domu – wszystko ma znaczenie. Jako architekt zauważa, że wszystkie cywilizacje skupiają się wokół dziedzińca/podwórka. Dom ma 5 pokoi, z osobnymi wejściami, które skupione są wokół basenu. 2 werandy to 2 miejsca spotkań (biblioteka z pianinem oraz nieoficjalnie część restauracyjna) – również bardzo ważne dla wielu kultur. Wszędzie widać wodę, co jest bardzo odświeżające. Wszystko wokół daje przepływ energii, podobnie stały przepływ wody w basenie – nic nie powoduje blokady. Brama w ogrodzie dzieli przestrzeń na wewnętrzną i zewnętrzną – na część domu właściwego i część dla służby. Istotne przy projektowaniu domu było feng shui, które jest balansem znanym z konfucjanizmu yin i yang. Dom zaprojektowany jest więc na wschód i na zachód co gwarantuje słońce i cień przez cały dzień.

 

 

 

 

Wejście do domu znajduje się między bambusami – bambus oznacza w konfucjanizmie dobrego człowieka. Zanim dotrzemy do właściwego domu przechodzimy też przez wąską rzeczkę – ma ona symbolicznie jako woda oczyścić nas ze wszystkiego złego, co nas spotkało. Jako na dobrego człowieka czeka na nas 9 stopni – jak na Buddę, którego 9 stopni dzieliło od nirwany. La Maison de Campagne to stan nirwany.

Klimat La Maison tworzą meble i drobne przedmioty – wszystkie są częścią kolekcji Thaia- część została przywieziona z mieszkania w Paryżu, część zakupiona w Tajlandii czy już w Wietnamie.

 

 

 

La Maison daje nam możliwość zatopienia się w życiu wietnamskiej wioski. Nikt tu poza właścicielem nie mówi po angielsku, podobnie w wiosce, do której wychodzimy po owoce czy na colę. Z każdym jednak udaje nam się porozumieć – z pewnością chodzi tu o chęci.

 

Spa to nie tylko łóżko do masażu, ale pokój relaksu, gdzie na wygodnych leżankach można oddać się przyjemności. To całościowe wellness. Terapeutka studiowała w Hanoi chińską medycynę tradycyjną – podchodzi do naszego ciała kompleksowo, i za pomocą masażu stara się nam pomóc. W spa nie używa się żadnych kosmetyków, a jedynie naturalne rzeczy – mleko, oliwkę, imbir, przyprawy i zioła pochodzące od zamieszkującej tereny górskie ludności yao.

 

 

 

 

Jak spędzić doskonały dzień? Posłuchać szumu drzew. Posłuchać siebie. Popływać w basenie, poczytać książkę – niekoniecznie tą, którą zabraliśmy ze sobą. W bibliotece znajdziemy ciekawe pozycje: dieta spa, luksusowe hotele, włoski design.

 

 

Okolicę łatwo poznać na rowerze – 10 minut jazdy od willi znajduje się prom na drugą stronę rzeki SAJGON. Tu zastaniemy królestwo Chińczyków.

 

 

Co nam się podobało:

– nie ma recepcji, kelnerów, baru – żadnych hotelowych elementów; jest jednak służba Thaia, która spełni nasze życzenia

– przemyślana architektura posiadłości i dbałość o każdy detal

– klimat jak u przyjaciela – przyjaciela w domu; nikt nie jest nachalny, a z drugiej strony czujemy się jak w domu

– doskonałe jedzenie przyrządzane na zamówienie ze świeżych składników zakupionych na targu

– prawdziwie azjatycki klimat odczuwany w samej willi, a także w wiosce

– można zamówić to co się chce do jedzenia – niczym u mamy w domu

 

Zdjęcia: Paulina Grabara i Maciej Król

 

 

 

 

 

 

 

FacebookTwitterPinterest

Submit a Comment