Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Grudzień 7, 2016

Scroll to top

Top

No Comments

Sylwester ogrzewany kolorami nieba

Sylwester ogrzewany kolorami nieba
Magda Bebenek

Ty chyba w złych Indiach wylądowałaś! – śmieje się znajomy widząc moje zdjęcie z sylwestrowej nocy.
Minusowe temperatury. Brak ogrzewania w pokojach. Wiaderko ciepłej wody, o ile bojler postanowi współpracować, kiedy akurat nie przerywa dostaw prądu. 3 warstwy ubrań do snu i 2 koce szczelnie owinięte wokół ciała. Witamy w Himalajach!

 

Nie tak sobie wyobrażałam swoją sylwestrową kreację…

 

Z końcem grudnia ogrom mieszkańców Bombaju udaje się na południe, aby spędzić noworoczny okres na plażach Goa. Anjuna, Arambol, Baga i Palolem roją się od indyjskich i zagranicznych turystów, którzy w rytm głośnej muzyki transowej i odurzeni wszelkimi możliwymi do wyobrażenia środkami pobudzającymi imprezują ogrzewani żarem lejącym się z nieba. Nic więc dziwnego, że już na dwa tygodnie przed Sylwestrem kilkunastu znajomych zaczyna mnie niezależnie od siebie namawiać, żebym i ja przywitała Nowy Rok sącząc drinka z palemką nad basenem wynajętej willi. Jak to ja, 26ego grudnia wsiadam więc do samochodu znajomego i ruszam przed siebie.

2 doby drogi na północ.

 

Moi współtowarzysze podróży cieszący oczy pierwszym himalajskim zachodem słońca.

 

Pierwszym docelowym przystankiem jest Jageshwar, mała wioska, do której docieramy 29ego stycznia. Jedyną atrakcją jest znajdujący się tu zespół 124 świątyń, które Keilash, jeden z uczestników wyprawy i jej inicjator, odwiedza tak często, jak to tylko możliwe. Twierdzi, że tutejsza energia jest nie do przecenienia i pozwala mu naładować baterie. Zgaduję, że poranne i wieczorne palenie (uprawianego tu wszędzie) haszyszu w towarzystwie kapłanów i sadhu ma z tym wiele wspólnego.

 

 

 

W otoczeniu licznych świątyń, przemarznięta jeszcze bardziej niż normalnie, ponieważ przed wejściem na ten teren należy zdjąć obuwie. Zimna, mokra kamienna posadzka nie jest Twoim przyjacielem w zimowych miesiącach.

 

Kapłan i sadhu świątyni Jageshwar.

 

W niedzielę rano, zanim wyruszymy w dalszą drogę, wpadam na chwilę w odwiedziny do domu kapłana, gdzie wraz z Keilashem omawiają plany budowy domu dla przybywających tu sadhu. Oczywiście, wizyta nie byłaby skończona, gdyby nie oddali wspólnie cześci Shivie, najbardziej potężnemu z hinduskich bogów. Kiedy pytam lekko zaskoczona o nawyk spalania się w ramach modlitwy, kapłan odpowiada krótko: Sama widzisz, jak tu zimno.


Rozglądam się  dookoła i stwierdzam, że gdybym miała mieszkać w tym klimacie, z brakiem szczelnych drzwi i ciągle otwartymi oknami, a po wiosce biegać boso – sama zaczęłabym się w ten sposób modlić…

 

Modlitwa do Shivy.

 

Jeszcze krótka wizyta w Muzeum Archeologinczym Jogeshwar, gdzie podziwiać można kamienne rzeźby bogów z X-XII wieku, po czym pakujemy nasz wesoły samochód, włączamy najnowsze bollywoodzkie przeboje (w trakcie jazdy królują piosenki z Dabangg 2 i Talaash) i kierujemy się do Chakori, gdzie planujemy spędzić kolejne 2 noce. Podróż to ekscytująca, bo drogi nadzwyczaj kręte i wąskie, a indyjscy kierowcy jak zwykle szaleni i w wielkim pośpiechu. Ale o tym innym razem, bo indyjska road trip zasługuje na oddzielny artykuł.

Jedyny moment, w którym pozwalamy sobie na chwilę oddechu wypada gdzieś 2-3 godziny przed dotarciem na miejsce, a powodem jest najpiękniejszy zachód słońca jaki widziałam w 2012 roku, a może i nawet w całym życiu. Od rana zachwycaliśmy się strukturą chmur rozlanych po niebie, jednak dopiero wieczorem Himalaje pokazują nam, dlaczego warto było przez 3 doby nieustannie zamarzać i tracić czucie kończyn w trakcie dziesiątek godzin spędzonych w samochodzie.

 

 

 

 

Ciepło bijące z koloru tego nieba było jedynym, jakiego doświadczyłam przez ostatnich 5 dni…

 

Docieramy do naszego zakwaterowania w Chakori z nadzieją, że będzie cieplejsze niż poprzednie, jednak nadzieje te płonne.

 

Taki widok z rana to ja rozumiem!

 

Ponownie jednak, tym co sprawia, że udaje mi się znieść bijące ze wszelkich szczelin nieogrzewanego pokoju zimno jest widok porannego nieba – od kilku dni notorycznie budzę się około 5 czy 6 rano z bólu zmrożonych kości (mimo rajstop, leginsów, spodni dresowych i skarpetek), jednak ostatniego dnia roku nie mogłabym być z tego faktu szczęśliwsza – przebudzam się dosłownie na pół minuty i nie mogę uwierzyć, jak pięknie wyglądają szczyty gór otulone wściekle pomarańczową łuną światła wschodzącego słońca. Coś magicznego! Jednak z powodu – niespodzianka – zimna w pokoju, nie mam odwagi wyskoczyć spod koca, żeby złapać aparat i uwiecznić ten widok na zdjęciu. Podobne poranne niebo widziałam tylko raz, ponad 2 lata temu na malutkiej tropikalnej wysepce w Indonezji. Z rozrzewnieniem wspominam ciepło tamtej nocy i ponownie zapadam w sen.

Szczęśliwie słońce postanawia nas tego dnia nie opuszczać, dzięki czemu rano po śniadaniu jestem w stanie zdobyć się na odwagę wskoczenia w Pszczołę i zrobienia ostatniej sesji fotograficznej 2012 roku. W ogóle dość szybko odkrywam, że od około 8-9 rano dużo cieplej i przyjemniej jest być na zewnątrz, niż w moim pokoju. Najlepszym tego dowodem niech będzie fakt, że wyprana pierwszego dnia (29.12) bielizna wyschła dopiero pierwszej nocy  w Delhi (03.01)…

 

Magu Bee żegna 2012 rok!

 

Po lunchu pora na spacer po pobliskich wzgórzach, czyli jedyną dostępną tu atrakcję. Wkładamy ciepłe swetry, zabieramy hotelowe koce i ruszamy na trwający 10 minut „trek”, który zabiera nas pomiędzy strzeliste drzewa i wyraźnie zarysowane szczyty masywnych i jakże imponujących Himalajów. Wtedy nie jestem jeszcze świadoma tego, że znajduję się jedynie kilkadziesiąt kilometrów od Nepalu, do którego tak bardzo chciałam „wyskoczyć” na kilkudniowy trek, co jednak niemożliwe jest z powodu uprzykrzających życie turystów regulacji indyjskiej wizy turystycznej (jeśli opuści się kraj, to nawet na aktualnej wizie wielokrotnego wjazdu trzeba czekać 2 miesiące przed powrotem do Indii [sic!]).

 

 

 

 

Wraz z zachodem słońca postanawiamy wrócić do ośrodka na kolację i przygotować się do naszych jakże hucznych obchodów sylwestrowych: ogniska na pobliskim trawniku. Ok 23:00 zabieramy więc ze sobą laptopa i napoje wspomagające, a panowie dodatkowo łatwopalny prezent od kapłana z Jogeshwar i ruszamy zająć plastikowe krzesełka przygotowane dla nas przez obsługę ośrodka. Siadamy w kole i milcząc obserwujemy tańczące płomienie, podczas gdy nasz kierowca, Shabir, dokłada do ognia kolejne gałęzie. Jedynym hałasem jest echo muzyki granej w sąsiednim ośrodku (widać tam świętują z większą pompą) i przyciszone rozmowy dobiegające z sąsiedniego ogniska.

Chwilkę przed północą rozdzwaniają się telefony chłopaków, a ja włączam No woman no cry, zamykam oczy i bujając się samotnie z uśmiechem na ustach witam Nowy Rok w towarzystwie Boba.

 

 

FacebookTwitterPinterest

Submit a Comment