Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Grudzień 3, 2016

Scroll to top

Top

No Comments

W drodze: z Kui Buri w Tajlandii na Langkawi w Malezji

W drodze: z Kui Buri w Tajlandii na Langkawi w Malezji
Paulina Grabara

Bycie w drodze to część podróżowania. Istotna część – wymagająca, interesująca, odkrywcza. Często pożerająca nasz czas i powodująca ból głowy. Czasem wykańcza ale nigdy nie zniechęca do zatrzymania się i zrezygnowania z kolejnej drogi. Oczywiście jeśli kochasz podróżowanie!

Punkt startowy – magiczny hotel X2 Kui Buri Resort

 

 

Zaczynamy o 3 nad ranem – dzień wcześniej bierzemy taksówkę z Hua Hin do hotelu (nie jest łatwe – finalnie znajdujemy taxi za 900 batów czyli ok. 90 złotych). Niby dużo ale okazuje się że Hua Hin i Pranburi (nasz hotel jest nawet trochę dalej za miejscowością) dzieli około godzina jazdy. Więc w sumie nieźle – w Polsce byłaby już nawet 3 taryfa (wracamy około 19:00).

Pan jest przemiły (średnio mówi po angielsku ale się bardzo stara) więc postanawiamy, że czas zorganizować nasz nocny transfer. Tym razem poległyśmy na negocjacjach ale cena naprawdę wydawała nam się uczciwa (ponad 300km za 3000 bahtów czyli ok. 300zł za taksówkę – pamiętajmy, że on musi jeszcze wrócić, no i nie wspomnę nocnej taryfy). Nasz kierowca zadowolony, że godzimy się na podana przez niego stawkę wyciąga kartkę która ma stanowić umowę: wpisuje imię i nazwisko, uzgodnioną kwotę, numer telefonu.

My w ramach weryfikacji czy umowa zostanie wykonana dzwonimy dzień wcześniej.

Pobudka 2:45. Pora idealna. Tak wcześniej (śpię trochę ponad 2 godziny) że nawet jakoś daje radę. Pakujemy walizki i kierunek Bangkok. Odlot mamy po 9 rano ale wyjeżdżamy na tyle wcześnie, żeby w razie korków zdążyć na lot.

W taksówce najpierw oglądam świat nocą, potem senność zwycięża świadomość – w jogowych pozycjach rozkładam się na mojej połowie siedzenia. Czasem się przebudzam, przekładam na inną stronę i śpię aż do Bangkoku.

Przejeżdżamy przez miasto w świetnym tempie i trafiamy na lotnisko ponad 2 godziny przed odlotem. Jest super – kupujemy zdrowe śniadanie (świeże owoce, soki, kawę) i czekamy na lot do Kuala Lumpur.

W samolocie okazuje się, że pomimo wspólnej odprawy (razem podajemy paszporty!) dostajemy miejsca w zupełnie różnych rzędach – no nic – pewnie podróżujemy razem i razem podchodzimy do odprawy bo nie lubimy siedziec koło siebie. Z drugiej strony mogłyśmy powiedzieć lub przynajmniej sprawdzić.

W samolocie okazuje się, że są 2 wolne rzędy – najpierw siadamy razem ale szybko dochodzimy do wniosku, że ten lot to idealny czas na sen.

 

 

Nad Kuala Lumpur mnożą się chmury – Air Asia zdobywa moje serce – mimo, że nienawidzę (wiem mocne słowo ale tu celowo użyte) parasolek to są rozdawane przy wyjściu z samolotu.

 

 

 

Ciągniemy się za grupą w prawo, w lewo, przez pasy… jeszcze nie wiemy, że najgorsze dopiero przed nami!

Witamy na lotnisku w Kuala Lumpur – mają Państwo 4 godziny na przesiadkę? Proszę się nie martwić – z przyjemnością się Państwem zajmiemy – zorganizujemy czas tak, że nie będzie czasu na nudę!

Odbieramy bagaż z taśmy i idziemy na terminal lotów krajowych – check iny się mnożą – próbujemy dojść po linii lotniczej gdzie się ustawić – nasz lot nie jest jeszcze wyświetlany bo jesteśmy prawie 3 godziny wcześniej (wcześniej okazuje się zbyt dużym słowem).

W końcu mijamy czerwony dywan (nadal dla pasażerów Air Asia) i podchodzę do wolnego check-in Air Asia. Same się odprawiamy (trzeba przyznać, że jest trochę stanowisk)  – teraz należy udać się do R – od 40 do 62. Do wyboru. Znajdujemy strzałki w naszym kierunku (nie jest to proste – P, U, R – niemalże pełen alfabet!). Już prawie trafiamy (i znów nie jest to łatwe bo po części „domestic” wszyscy jeżdżą wózkami, nie mają „normalnych” walizek tylko torby, kartony, paczki, pakunki – piętrowo, obszernie. Plus rzadko chodzą pojedynczo – najczęściej w grupach (rodzinnie a rodzina oznacza babcie, ciocię, kuzyna, dzieci – przynajmniej kilkoro). Tak jak podczas slalomu manewrując między nimi trafiamy na plastikową szybę – wejścia nie ma. A nie to nie wejścia nie ma – to kilka rodzin je zasłoniło. Teraz trzeba wrzucić bagaż na taśmę – wokół taśmy znów tłumnie Malajowie żegnają swoje walizki które tylko na kilkanaście sekund giną w ciemnym tunelu. Wszystko trwałoby zdecydowanie krócej gdyby każdy oddzielnie nadawał swoje pakunki – potem przechodził obok taśmy i po drugiej stronie je odbierał. Ale po co – przecież łatwiej mniejsze wrzucać przed większe, silniejsi (lub Ci z wózkami) mogą zablokować odbiór.

Miałam nawet pomysł aby przemknąć niepostrzeżenie bokiem ale okazuje się, że każda walizka dostaje swoją naklejkę – a bez naklejki nie ma odprawy. Daje rade przeżyć jeden chaos (nie wspomnę jak bardzo nie lubię stanu chaos). Stajemy do kolejki – najkrótszej – zgodnie z tym co powiedziała nam Pani wszystko się zgadza – odprawa numer 40, napis Air Asia. Chwilę to trwa ale nie jest bardzo źle… podchodzimy do Pani i okazuje się, że … po prawej stronie stanowisko oklejone jest 3 małymi naklejkami, które rezerwują je na konkretny, wybrany NIE NASZ lot. Idziemy do kolejki obok a tu zaczyna się przedstawienie – zacznijmy od kolejki – bo trwa całe wieki – a czemu? Bo każda osoba, która podchodzi zdaje się przeprowadzać rozmowę:

– dzień dobry

+ dzień dobry

– bilet, dokument – czy ma Pan bagaż do nadania?

+ bagaż?

– tak, bagaż

– to nie widać? mam 3 kartony, dywan, plecak i walizkę

+ a wie Pan, że można mieć 1 bagaż do 20kg?

– tak wiem, oczywiście – przecież do standardowa procedura. Czy może mi więc Pani odprawić kartony, dywan…

+ nie mogę, tylko jeden bagaż.

– ale jak położę obok siebie dywan, walizkę, plecak i karton to będzie wyglądało jak jeden bagaż…

 

 

Dzięki temu największa grupa po 20minutach dyskusji została odesłana alby dokupiła „dodatkowy” bagaż. Kolejno maszerowała babcia, córka, mąż, kuzyn i gromadka pociech. To nie była pojedyncza historia, a radość Pani (wyjątkowo uroczej), która gdy zapytała nas czy mamy bagaż, a my odparłyśmy (obserwując cały ten cyrk) że tak mamy: jesteśmy 2 i mamy 2 bagaże – to oznacza „jeden na głowę”, nie miała końca.

Ale kolejki to nie wszystko. Lotnisko w Kuala Lumpur posiada również fantastyczne nagłośnienie – moje bębenki (nie wiedziałam, że są tak wrażliwe) połączyły się z mózgiem (głową – jakkolwiek) i spowodowały potężny ból.

W skrócie z biletami biegłyśmy do kolejnej odprawy – byle przejść przez wszystkie barykady i znaleźć się po magicznej drugiej stronie… ale kto powiedział, że tam będzie lepiej?

Z 4 godzin dzięki organizacji została ledwie godzina: pora na jedzenie. Niestety kto powiedział, że po odprawie czekają na nas restauracje. Mam do wyboru ryż z 3 najmniejszymi na świecie kawałkami tofu i makaron z również dwoma martwymi krewetkami. Jest też stacja owocowa – idę na całość i do plastikowego pojemniczka ładuje wszystko co ma dziwniejszą nazwę: przepraszam – nazw nie przytoczę ale było tam chili mango czy jabłko – gruszka. Siadam. Pora na odpoczynek. To już 13 godzina w podróży. W oddali słyszę głosy pasażerów lecących do… zapraszamy do wyjścia … Obok płacze dziecko. To nic. Zwycięża Pan, który „kumka”. Nawet nie wiem jak to opisać – wydaje dźwięki, które mogłoby wydawać dziecko – ale tylko takie w wielu „wózkowym”.

W końcu lecimy. Usypiam. Budzę się gdy schodzimy do lądowania- widzę wyspy. Ponad 5 lat zapragnęłam przyjechać na Langkawi. Jestem.

 

 

Z lotniska bierzemy taksówkę – mamy czekać na swój numer. Nie ma jej – ktoś zajeżdża drogę, tu znów ktoś blokuje pas bo pakuje walizki do bagażnika.

 

 

Wsiadamy i docieramy do Temple Tree at Bon Ton.

Było, a właściwie wciąż jest warto!

 

Czytaj także: Tajlandia – w drodze

Photo STORY: Langkawi/Malaysia

FacebookTwitterPinterest

Submit a Comment