Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Listopad 21, 2018

Scroll to top

Top

No Comments

ZANZIBAR – tanio do raju #1

ZANZIBAR – tanio do raju #1
intopassion

 

Kilka miesięcy planowania, parę szczepień, 4 przesiadki, 5 miast, prawie 3 dni podróży, a to wszystko, aby spędzić niespełna dwa tygodnie w raju, którym niewątpliwie okazał się Zanzibar – jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Tekst i zdjęcia: Michał Łabiszak

Podobno w życiu piękne są tylko chwile, dlatego wychodzę z założenia, że nie warto się wahać. Wczesnym popołudniem, kiedy popijałem kawę, wpadła mi w oko promocja na stronie z podróżniczymi okazjami (https://www.fly4free.pl/), a jako że promocji się nie boję – postanowiłem skorzystać.

 

Lokalne dzieciaki

 

Lecimy!

Jednym z największych plusów social mediów (moim zdaniem) jest możliwość wyszukiwania wszelkich okazji, z których często zdarza mi się korzystać. Pewnego popołudnia na taką właśnie trafiłem – kliknąłem ofertę i od razu zostałem przeniesiony na stronę nieznanego mi dotąd serwisu pośredniczącego w międzynarodowych lotach przesiadkowych. Poczytałem kilka opinii na jego temat (https://www.bravofly.com/), sprawdziłem dostępne terminy i postanowiłem zarezerwować. Możliwość wyboru malała z minuty na minutę, dlatego padło na październik – nie sprawdzając przewidywanej pogody i innych, mniej lub bardziej, ważnych informacji. Dopiero po dokonaniu rezerwacji, raz jeszcze, na spokojnie przejrzałem rozkład lotów – Bruksela, Monachium, Oman, Zanzibar. W tamtym momencie wiedziałem jedynie, że choć droga do celu będzie długa, to z pewnością warta swojej ceny – ok. 1100 zł w dwie strony, czyż nie? :) Lecimy! – pomyślałem i tutaj zaczął się długi proces przygotowań.

 

Na zdrowie!

Poza datą, którą trzeba brać pod uwagę jako urlop, nie wiedzieliśmy zbyt wiele. Na ok. 3 miesiące przed wyjazdem, moja przyjaciółka i towarzyszka w podróży, wybrała się do lekarza medycyny podróży. Tam została szczegółowo poinstruowana odnośnie szczepień oraz tego, co koniecznie musi znaleźć się w naszej apteczce. Wykonaliśmy wszystkie zalecane szczepienia: WZW A, dur brzuszny, błonica, tężec oraz żółta gorączka. Na tę chwilę Zanzibar nie jest w strefie zagrożenia żółtą febrą, jednak zdarzały się sytuacje, kiedy książeczki potwierdzające szczepienie (tzw. żółte książeczki) były sprawdzane na lotnisku, zaraz po przylocie. Jako ciekawostkę dodam, że nieposiadanie książeczki, a tym samym brak ważnego szczepienia, wiąże się z koniecznością poddania się szczepieniu na lotnisku — w tym miejscu koniecznie trzeba włączyć swoją wyobraźnię i zwizualizować sobie zaplecze sanitarne na lotnisku w Afryce.

 

Co by tu zabrać…

Sporządziliśmy listę rzeczy niezbędnych i takich, które warto byłoby mieć. Na pierwszej znalazły się środki na komary i owady — z jak największą ilością środka DEET (http://mugga-polska.pl/), tabletki na malarie — dość drogie, dostępne wyłącznie na receptę, jednak z najmniejszym prawdopodobieństwem występowania środków ubocznych (https://www.doz.pl/leki/p1870-Malarone). Poza tym różnego rodzaju środki przeciwbólowe i przeciwzapalne, węgiel aktywny, woda utleniona, czy plastry wodoodporne. Na liście znalazła się również moskitiera (finalnie zbędna — znajdowała się w każdym z miejsc, w których nocowaliśmy), filtry przeciwsłoneczne (koniecznie te z najwyższym filtrem!!!), środki na oparzenia (jeśli myślicie, że poprzedni punkt nie jest konieczny, to weźcie ich 3x więcej niż my), czapka/ kapelusz, adapter, mapa i rozpiska miejsc, które chcemy zobaczyć, chociaż nie mieliśmy konkretnego planu. Z rzeczy mniej potrzebnych, ale takich, które chcieliśmy ze sobą wziąć, były: płetwy i cały zestaw do nurkowania (ja dostałem taki na urodziny!!! ) kamera GoPro, słownik suahili (jak się okazało, samo jumbo wystarczy!), latarka (dzięki Bogu mieliśmy ją w telefonie!), buty do wody. Na dwa dni przed wyjazdem sporządziłem listę rzeczy podręcznych i nie wiedzieć czemu wpisałem tam wszystko to, co zabieram na zwykły wyjazd: ręczniki (były w hotelu), żele do kąpieli itp. (również). Ola natomiast, zabrała ze sobą również suszarkę, która nie miała najmniejszych szans w starciu z zanzibarskim słońcem. Torba zapchana, ledwo zamknięta — ale jest! ! W niedziele rozpoczęła się nasza podróż, chwile przed północą wsiedliśmy w busa, by po 3. dniach postawić nogę na czarnym lądzie. Wspaniałym, czarnym lądzie.

 

No to w drogę!

Chwilę przed północą wsiedliśmy w busa (polskibus.com) — pierwszą z tras pokonaliśmy nie pierwszy raz: Bydgoszc-Toruń to ok. 50 minut jazdy. Po dojechaniu doceniliśmy wszystkie dworce – ten w Toruniu jest otwarty całodobowo, a jako że na zewnątrz było na minusie, schowaliśmy się w środku. Kolejny bus odjeżdżał po ok. 1,5h do Warszawy Modlin, by stamtąd, po nieco ponad 2h (https://www.ryanair.com/) dolecieć Brukseli, która okazała się dość „zamknięta”. Samo lotnisko nie było zbyt duże, jednak przebudowy, strażnicy pilnujący przejść, miejsca i strefy, do których można i do których nie można wejść, powodowały, że łatwo można było się pogubić. Tutaj spędziliśmy kilka godzin i nie ukrywam, że byliśmy w centrum zainteresowania za sprawą naszych różowych (w ostatniej chwili okazało się, że nie ma czarnego koloru…) lazybags! Moim zdaniem, to absolutny musthave (http://www.lazy-bag.pl/), który pozwala przetrwać nawet kilkunastogodzinne przesiadki. Kolejnym punktem był Luksemburg, gdzie, po 3h, dojechaliśmy lokalnym busem (https://www.flixbus.pl/) późną nocą. Lotnisko robi wrażenie zarówno wizualnie, jak i w kwestiach organizacyjnych. Nie jest zbyt duże, dzięki czemu wszystko można całkiem łatwo znaleźć. Kolejny samolot odlatywał za kilka godzin, a że dojechaliśmy nad ranem – po prostu poszliśmy spać. Z Luksemburga wylecieliśmy do Monachium. Samolot linii LuxAir (https://www.luxair.lu/) był najmniejszym, jakim mieliśmy okazję lecieć i chociaż sam lot trwał nieco ponad godzinę, to było całkiem przyjemnie —  choć miejsca na nogi mogłoby być trochę więcej…

LuxAir

 

Mamy jeszcze czas!

Lotnisko w Monachium robi wrażenie. Metro, windy, kilka poziomów, miasteczko w samym centrum, sklepy, restauracje (tak, był też McDonald) —  to wszystko zapierało dech w piersiach (McDonald nie tak bardzo ;)) Postanowiliśmy się rozejrzeć i musimy przyznać, że łatwo można było się zgubić. Lotnisko jest ogromne, w środku panuje porządek, wszystko jest jasno opisane, chociaż nigdzie nie ma informacji, że potrzeba sporo czasu, żeby dostać się do właściwego gate’a.

Lotnisko Monachium

 

Mamy jeszcze czas, powiedziałem, a jako że odprawić mogliśmy się jedynie w punkcie przewoźnika OmanAir (http://www.omanair.com/en/), to zostawiliśmy to na ostatnią chwilę (nie polecam ;)) Zwiedzaliśmy lokalne sklepy, okolice, aż w końcu postanowiliśmy udać się to stanowiska odpraw. Przy stoisku był niewielki problem ze odnalezieniem nas w systemie — w paszporcie mieliśmy naklejki bagażowe (potwierdzające ich nadanie na całej tracie z przesiadkami), jednak fizycznie nie byliśmy odprawieni w wewnętrzym systemie. Finalnie, się udało i otrzymaliśmy bilet, na którym widniał gate L15 — hmm, ok — ruszyliśmy. Jedno piętro, drugie, schody w górę, winda w dół. METRO. Dodam, że kierunków jazdy było kilka… a zaraz potem kolejne schody w górę i jeszcze jedna winda. Końca nie widać. Zmęczeni, dobiegamy do stanowiska K i nie mamy zielonego pojęcia co dalej. W końcu się udaje — jak się okazuje na ostatnią chwilę, bo już zaczęli nas wywoływać, nieudolnie czytając nasze nazwiska.

 

Ziemia zakazana?

Naszym oczom ukazał się olbrzymi AirBus — takiego jeszcze nie widzieliśmy. Myślę, że bez pomocy stewardessy moglibyśmy się zgubić, a w najlepszym wypadku — nie znaleźć naszych miejsc (mrugam ;-)) Jak to zwykle bywa, lot długodystansowy ma to do siebie, że można się zrelaksować, dobrze zjeść, a do tego coś obejrzeć leżąc pod ciepłym kocem. Sam lot przebiegł całkiem spokojnie i po ponad 6h wylądowaliśmy w Omanie, gdzie przywitało nas ponad 40. stopniowe słońce.

Lądowanie w Omanie

 

 

Pomijając pogodę, byliśmy w szoku, bo Oman okazał się miejscem wizualnie tak pięknym, jak tajemniczym. Byliśmy trochę przytłoczeni, za sprawą ograniczeń, które spotykaliśmy na każdym kroku — nie mogliśmy zwiedzać, byliśmy transferowani z miejsca na miejsce, non stop pospieszani — początkowo zamknięci w busie, w ogromnym upale, a za chwile zamknięci na lotnisku, z którego nie mogliśmy wyjść. Ciężko opisać to lotnisko, bo zbyt wiele nie zobaczyliśmy. Na pierwszy rzut oka widać było przepych i ogromny wpływ pieniądza. Drogie restauracje, sklepy i butiki z górnej półki — tyle zdążyliśmy zobaczyć. Zaraz potem przetransportowali nas do samolotu aby, nieco ponad godzinie, wylądować w raju.

 

Gdzie nasze torby?!

Lotnisko w Zanzibarze przerosło nasze wyobrażenia. Zaraz po przylocie musieliśmy wypełnić dokumenty. W ankiecie pojawił się szereg pytań: skąd przyjechaliśmy, na jak długo, gdzie pracujemy, gdzie się zatrzymujemy itd. Potem kolejna kolejka, tym razem po wizę. Kiedy w końcu przeliśmy przez ostatnie „bramki”, znaleźliśmy się w „hali” przylotów. Wrzask, skwar, chaos. –Gdzie są nasze torby?! Brak ochrony, z kantorów wychylają się sprzedawcy machający pieniędzmi, krzycząc — money, money z każdej strony. Kiedy okazało się, że nasze torby leżą na środku hali, bez jakichkolwiek oznaczeń, w miejscu z którego mógł je zabrać właściwie każdy — wtedy wiedzieliśmy, że trzeba mieć oczy dookoła głowy (jak się potem okazuje — niesłusznie).

FullSizeRender

FullSizeRender

FullSizeRender

 

Czytaj także:

8 rzeczy, których nie wiedziałeś o Zanzibarze

Submit a Comment