Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Maj 23, 2018

Scroll to top

Top

No Comments

ZANZIBAR tanie wakacje w RAJU #2

ZANZIBAR tanie wakacje w RAJU #2
intopassion

Kierowca, którego poznaliśmy na forum przed wylotem, odebrał nas z lotniska. W drodze do pierwszego hosta, opowiadał nam o wszystkim, co wiązało się z Zanzibarem — o lokalnych miejscach, tradycjach i o tym, co koniecznie musimy zobaczyć. Już wtedy potwierdziło się, że jesteśmy w raju, w którym o szczęściu nie decyduje twój status, a jedynie to jakim jesteś człowiekiem.

Tekst i zdjęcia: Michał Łabiszak

Przeczytajcie także pierwszą część przygód Michała – link na końcu artykułu.

 

Chętnie!

W pierwszym domu, który znajdował się nieopodal Stone Town (stolicy Zanzibaru), zostaliśmy przywitani szalenie życzliwie. Gospodarze zabrali nasze torby, pytali o podróż, o to, czy czegokolwiek nam nie potrzeba, zaserwowali przepyszny sok z trzciny cukrowej (pycha!!!), opowiadali o tym, co mogą nam zaoferować i gdzie chcieliby nas zabrać — nieodpłatnie! Byliśmy w szoku i przez chwile myśleliśmy, że to jedynie kwestia pierwszego, dobrego wrażenia. Byliśmy w olbrzymim błędzie. – Jest pięknie, pomyślałem, kiedy gospodyni zapytała, czy mamy ochotę na kolejny dzbanek soku. –Chętnie! I znów myślałem o tym, że warto było zaryzykować.

Raj

Zanzibar to raj. Zanzibar to błękit wody, błękit nieba, zieleń lasów, biały piasek, uśmiech miejscowych, głośna muzyka i ogrom życzliwości, jakiego nie doznaliśmy od dawien dawna. Pierwszego dnia nie zwiedziliśmy zbyt wiele — ze względu na słońce, które biło z każdej strony, postanowiliśmy odpocząć w basenie, popijając lokalne trunki. Kolejny dzień był dużo bardziej intensywny, wybraliśmy się na wycięczkę do gąszczu przypraw (nie bez powodu Zanzibar nazywany jest przecież Wyspą Przypraw). Spicy tour zachwyciło. Banany o zielonym kolorze, ananasy rosnące na drzewach, cytryny, melony i niezliczona ilość owocowych drzew, które widzieliśmy pierwszy raz w życiu, a w dodatku mogliśmy je zjeść (każde, bez wyjątku). Trafiliśmy na fantastycznego przewodnika, który, wraz ze swoim kompanem, opowiadał nam o przeróżnym zastosowaniu owoców i przypraw — przykładowo jako lekarstwa czy kosmetyki (krem z owoców, dacie wiarę? ;)) Wyprawę zakończyliśmy zakupami. Na stoisku było wszystko — od curry, którego zapach jest jeszcze bardziej intensywny, po nieporównywalnie ostrą paprykę.

Kakaowiec

 

Kamienne miasto

Jak to zwykle bywa, na wyprawach poznaje się gro nowych i nierzadko fantastycznych osób — nie inaczej było tym razem. U naszego hosta mieszkały dwie Kenijki, z którymi od pierwszego dnia nawiązaliśmy kontakt  i to właśnie z nimi pojechaliśmy zwiedzać Stone Town — stolicę Zanzibaru. Stolica raju jest stosunkowo niewielka, w bliskim sąsiedztwie oceanu, można spotkać cały mix kulturowy, od lokalnych mieszkańców, przez turystów, aż po rdzennych Masajów — chociaż tych nie było najwięcej (akurat w tym rejonie). Stone Town to miasto archaiczne, architektura jest naznaczona czasem i nie widać tam ingerencji drugiego człowieka. Stolica Zanzibaru tętni życiem od samego rana — na każdym kroku lokalsi oferują niezliczone ilości wycieczek, opowiadają zabawne historie i każdorazowo pytają skąd przyjechaliśmy i czy być może nie potrzebujemy jakiejkolwiek pomocy — a są przy tym szalenie życzliwi i bardzo szybko przełamują dystans, nie traktując nas, jako turystów, z góry. Stown Town nocą to miejsce w pełni bezpieczne. Przez cały wyjazd nie natknęliśmy się na ani jedną nieprzyjemną sytuację. Mimo że, w październiku, ok. godz. 18, na Zazibarze zapada zmrok — stolica odżywa. Na ulicach słuchać śpiewy, mnóstwo osób bawi się w najlepsze. Tuż przy głównej alei rozstawiają się stoiska z jedzeniem i z każdej strony nawołują lokalni szefowie kuchni, serwujący właściwie wszystko — kraby, ośmiornice, czy owoce z grilla. Tak właśnie wygląda pyszny food market.

Stolica - Stone Town

Zachód słońca StoneTown

Kraniec świata

Kolejne dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu wiosek w pobliskiej okolicy. Następnie udaliśmy się do miejscowości Pwani, gdzie mieliśmy spędzić 10 kolejnych dni w pensjonacie Miramont (http://www.miramontzanzibar.com/). Sceneria tego miejsca była rodem z filmów — drewniane domki, widok na otwartą wodę, leżaki przy samej plaży —  czego chcieć więcej? Jako że przyjechaliśmy ponad godzinę przed czasem, zostawiliśmy nasze walizki i udaliśmy się nad sam ocean i znów, jak to na wyjazdach bywa, poznaliśmy kolejnych fantastycznych ludzi. Tym razem było o tyle zabawnie, że była to trójka przyjaciół z… Bydgoszczy! Tak, spotkaliśmy się na samym „końcu świata”, a nie widzieliśmy nigdy wcześniej, mieszkając w tym samym mieście od tak wielu lat.  Od razu złapaliśmy dobry kontakt, wymieniliśmy się poglądami na temat samego miejsca i tego, gdzie i co warto zobaczyć. Pech chciał, że był to ich ostatni dzień. Opowiedzieli nam również sporo o Kenii, gdzie spędzili nieco ponad 2 tygodnie za sprawą fundacji, prowadzonej przez Magdę (pozdrowienia!), która wspiera kenijskie dzieci. Warunki do życia są bardzo ciężkie, a  poziom i możliwość edukacji bardzo niskie — dlatego polecam Wam sprawdzić stronę i dołożyć, choć niewielką cegiełkę, która może przyczynić się do czegoś wielkiego -> http://www.mogesieuczyc.pl/

 

Czy to są żarty?

Kierowca, którego poznaliśmy na forum internetowym przed wyjazdem, był również przewodnikiem i zaproponował nam kilka fantastycznych wycieczek, z których pierwszą było Blue Safari. Wczesnym rankiem wyjechaliśmy małym busikiem nad piękną plażę, skąd zabrał nas niewielki statek. Widoki były nie do opisania — niebieska woda (jak z filmów!), pełne słońce, a do tego pyszne, świeżo zerwane ananasy — czego chcieć więcej? Jak się okazało, to dopiero początek. Po ok. 1,5h, zahaczając o lokalne wysepki, dopłynęliśmy do celu. Naszym oczom ukazała się bardzo mała wysepka, którą spokojnie można było objąć wzrokiem.  –Czy to są żarty? pomyślałem, bo ciężko było uwierzyć, że to, co widzę, nie jest tknięte Photoshop’em. Spędziliśmy tu kilka pięknych godzin — jedliśmy arbuzy, ananasy, mango, pomarańcze, banany i kilka owoców, które widziałem pierwszy raz w życiu. Następnie udaliśmy się na kolejną wyspę, gdzie mieliśmy przygotowaną niecodzienną ucztę. Na stole pojawiły się homary, ośmiornice, kraby, krewetki, Nawet jeśli takie rarytasy nie do końca kuszą wizualnie, to w TAKIM miejscu trzeba je spróbować. Muszę przyznać, że ośmiornice są trochę gorzkie, za to homar — palce lizać! Po posiłku spędziliśmy czas na plaży, a jako że ta była wyjątkowo kamienista, postanowiliśmy wypróbować nasze buty do zadań specjalnych. Wracając, wskoczyliśmy całą ekipą do wody, żeby sprawdzić, co skrywa jej błękit. Chyba nie muszę Was przekonywać, że nurkowanie w takim miejscu, nawet na niewielkiej głębokości, daje widoki, które zapamiętuje się do końca życia (jeśli potrafi się pływać ;)) Myśleliśmy, że po tak pięknym dniu, będziemy równie pięknie opaleni — nic bardziej mylnego. Byliśmy poparzeni. Pamiętajcie — SPF 50+. Wyłącznie.

Blue safari

 

FullSizeRender

 

Jambo!

Zawsze wstawaliśmy bardzo wcześnie, aby po porannej toalecie, wybrać się na śniadanie. Świeży sok, słodkie bułki i grillowane warzywa i inne lokalne przekąski witały nas z samego rana. Popijając kawę, stwierdziliśmy, że wybierzemy się na wycieczkę —  wyruszyliśmy zaraz po śniadaniu, pieszo. Przebyliśmy niezliczone ilości kilometrów, spotykaliśmy mnóstwo uśmiechniętych i życzliwych osób i z każdym z tych nieznajomych wymienialiśmy się uśmiechami, witając się  radosnym Jambo! Już teraz mogę śmiało napisać, że brakuje mi TAKIEJ życzliwości i TAKIEGO uśmiechu na Polskich ulicach. Nasza wędrówka — bo tak to można nazwać — była niebywale długa, ale za to fantastyczna. Udało nam się przejechać lokalnym „busem” dala dala, który jest bardzo niski, niewielki i zawsze przepełniony. Za ok. 30 min jazdy zapłaciliśmy ok. 1 zł W  tym przypadku dala dala okazał się wozem listonosza, dzięki czemu zwiedziliśmy sporo lokalnych zakamarków. Finalnie się zgubiliśmy, a o to na Zanzibarze nie trudno, zwłaszcza kiedy zboczy się z oznakowanej drogi. Dotarliśmy do pięknego hotelu, gdzie postanowiliśmy odpocząć i zasięgnąć rady  odnośnie naszego położenia i powrotu do naszej wioski (poza poczuciem miejsca, straciliśmy też poczucie czasu). Postanowiliśmy wracać plażą. Spotkaliśmy Masajów z prawdziwego zdarzenia — szalenie sympatycznych, którzy potrafili przejść z nami kilka kilometrów, opowiadając przeróżne historie. Dowiedzieliśmy się np., że rdzenni Masaje, w tej części Zanzibaru, zamieszkują okoliczne lasy, każdego dnia rozpoczynając wędrówkę w nowe miejsce. Co zabawne — gdy mówiliśmy im, że pochodzimy z Polski, każdorazowo spotykaliśmy się z takim samym okrzykiem –Lewandowski! Dzień dobry! Jak widać — nasi są wszędzie. Do naszego domku dotarliśmy po zachodzie i gdyby nie latarka w telefonie, myślę, że mielibyśmy niewielki problem z dotarciem —  nie tyle ze względu na ciemność, ile OGROM krabów biegających po plaży. To był piękny dzień.

 

Gryzą?!

Na kolejną wyprawę również wypłynęliśmy niewielką łodzią. Więzienna wyspa — Prison island — już z daleka robiła wrażenie. Była dość duża, a dookoła pływało sporo łodzi z turystami. Na wyspie wznosiły się kamienne budowle, co w połączeniu z samą nazwą tego miejsca, potęgowało posmak tajemnicy. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od więziennych murów, które, bez większej ingerencji człowieka, zachowały się od XIX wieku. Największą atrakcją turystyczną są z pewnością 500-set letnie żółwie. Ogromne, powolne, ale urokliwe gady przyzwyczajone są do codziennych wizyt turystów, którzy karmią je liśćmi. –Gryzą?! Wrzasnęła Ola, kiedy żół zbliżył łeb w jej stronę. Podobno gryzą jedynie zieleninę, na którą reagują nad wyraz sprawnie — kto by pomyślał… Niesamowitym widokiem były nowo narodzone żółwiątka, które ledwo się poruszały. One z pewnością nie gryzą.

 

FullSizeRender

Wyprawa

Prison Island

 

 

Czytaj także:

ZANZIBAR – tanio do raju #1

8 rzeczy, których nie wiedziałeś o Zanzibarze

Submit a Comment