Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Grudzień 2, 2016

Scroll to top

Top

2 Comments

Pod zielonym jajem

Pod zielonym jajem
Michał Grabara

Położony wśród zachwycającej zieleni 200-letni dwór na Pogórzu Izerskim – oaza spokoju, ale i doskonałe miejsce na aktywny odpoczynek. Wnętrza z pieczołowicie odtworzonym klimatem dawnych lat, malownicze krajobrazy oraz wyśmienita, bazująca na regionalnych specjałach kuchnia – warzywa, sery, wędliny pochodzące z okolicznych ekologicznych gospodarstw.

W ostatni weekend postanowiliśmy oderwać się od codziennego zgiełku, pośpiechu i tłumów – nasz wybór padł na Dolny Śląsk, a konkretnie na okolice Lwówka Śląskiego. I to był zdecydowanie dobry wybór!

Dzień 1.

Piątkowy wieczór, karta w ‚fabryce’ podbita równo o 18:00 i w drogę. Miejsce oddalone jest o ok. 500 km od Warszawy, ale dzięki temu że przez większą część drogi korzystaliśmy z autostrady podróż przebiegła bardzo sprawnie i po pięciu godzinach byliśmy na miejscu. Postanowiliśmy zatrzymać się w Gościńcu Pod Zielonym Jajem – zatopionym w soczystej zieleni, świeżo odrestaurowanym prawie dwuwiekowym siedlisku. Od razu przenieśliśmy się w inny wymiar – odtworzony z pietyzmem i dbałością o najdrobniejsze szczegóły dom robi wrażenie (szachulcowa konstrukcja, stary modrzewiowy strop, wytarte kamienne płyty, cegły z niewypalanej gliny i niepowtarzalny zapach). Zmęczeni podróżą skierowaliśmy pierwsze kroki do karczmy, gdzie zostaliśmy uraczeni lokalnym specjałem – warzonym w tradycyjny sposób, fermentowanym w otwartych kadziach Lwówkiem Książęcym – flagowym piwem lokalnego browaru. Zmęczenie po tygodniu pracy i podróży minęło jak ręką odjął, a wieczór ciekawie upłynął przy opowieściach gospodarza – p. Antoniego – o Gościńcu i bogatej historii regionu. W samą porę przybyli myśliwi – grupa Hiszpanów, którzy wybrali się w te okolice na polowanie na rogacze – aromatyczny zapach kaszanki smażonej na boczku wypełnił wszystkie zakamarki karczmy i po krótkiej chwili rozmowy ucichły, a podana na gorących patelniach kolacja zniknęła w błyskawicznym tempie.

 

 

Dzień 2.

Słońce nieśmiało zajrzało przez malutkie okienka w pokoju (typowe dla tego rodzaju domów), ale stoczyło nierówną walkę z nieprzyzwoicie wygodnym łóżkiem i ciepłą, przyjemną pościelą. Warto było jednak wstać, śniadanie było godną nagrodą. Bogaty wybór świeżego pieczywa, a do tego lokalne wędliny! Krucha, soczysta szynka, kandyzowany boczek, suszona kiełbasa… Dla tych, co jedzą żeby przeżyć, a nie żyć twarożek, sery, musli, warzywa i szereg zdrowych produktów. Po solidnym śniadaniu usiedliśmy z naszym Gospodarzem nad mapą i szybko głowa była pełna opowieści o najpiękniejszych w Europie okolicznych agatach, krainie wygasłych wulkanów, okolicznych piaskowcach (z których zbudowana jest między innymi Brama Brandenburska i Reichstag) oraz okolicznej przyrodzie.

 

Okoliczna przyroda zachwyca – realizując nasz plan wycieczki podziwialiśmy bezkresne lasy, cieszące oczy pola rzepaku, kontemplowaliśmy ciszę i spokój – niewątpliwym atutem tego miejsca jest położenie z dala od turystycznego zgiełku. Korzystając z licznych pieszych i rowerowych tras można podziwiać atrakcje tego regionu – zaporę w Pilchowicach (druga co do wielkości zapora w Polsce – kamienna konstrukcja sprzed ponad stu lat), stożkowatą Ostrzycę (relikt dawnych obszarów wulkanicznych) czy też zamek Grodziec (świetnie zachowany późnogotycki zamek na dziedzińcu którego mogliśmy rozpalić ognisko i posilić się czując na plecach oddech minionych stuleci).

 

Dzień 3.

Nasz Gospodarz przez lata organizował wyprawy off-roadowe po Saharze i przeniósł swoją pasję w okolice Gościńca Pod Zielonym Jajem – goście mają możliwość wzięcia udziału w wyprawie po bezdrożach Pogórza Izerskiego. Wsiadając do legendarnego Land Rovera (Defender) trochę żałowałem że to nie ja siedzę za kółkiem, ale jak zobaczyłem (i poczułem!) trasę, z którą przyszło nam się zmierzyć to uczucie szybko minęło – dobrze, że prowadził zaprawiony w bojach kierowca, który zgrabnie wyciągnął nas z głębokiego błota i uchronił przed dachowaniem podczas zjazdu po stromych zboczach. Podczas gdy raczyliśmy się  widokami z okolicznych szczytów, kilka metrów obok nas przemknęła sarna – creme de la creme!

 

 

zdjęcia: Jakub Grabara

 

Więcej o agroturystykach:

Pokrzywnik 11

 

FacebookTwitterPinterest

Comments

Submit a Comment