Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

INTO passion | Grudzień 6, 2016

Scroll to top

Top

One Comment

W świecie relaksu, luksusu i piękna – Glendoria

W świecie relaksu, luksusu i piękna – Glendoria
Paulina Grabara

GLENDORIA jest pierwszym miejscem, w którym byłam, które w rzeczywistości zachwyca bardziej niż na zdjęciach na stronie internetowej. Już sam dojazd jest bajkowy – wąska droga otoczona koronami drzew nie wiem skąd przywodzi na myśl toskańskie drogi dojazdowe do tamtejszych agroturystyk. Glendoria to miejsce między wiejską stodołą, a luksusowym resortem, między sielską rzeczywistością, a romantycznym marzeniem.

Kiedy docieramy jest tak ciemno, że nie możemy znaleźć wejścia. Dzwonimy po Artura – właściciela Glendorii, który zaprowadza nas do naszego pokoju, a następnie do Stodoły. Stodoła… ten widok rozpuści wszystkie zlodowaciałe serca: świece, tlący się jazz, mały barek, uroczy Gospodarze i Szefowie baru. Odczuwać można wszystkimi zmysłami. Rano wstaję i wychodzę na taras. Słońce, zieleń otoczenia. Hamak. Mam ochotę na kawę, ale nie chce mi się ruszać z miejsca. Błogość. Szczęście delikatnie miesza się z krwią i wypełnia moje ciało.

Skąd pomysł na takie miejsce? Artur opowiada, że od ponad 20 lat mieli ziemię: był dom, a stodoła była zwyczajną stodołą. Zaczęli od hodowli strusi, nic z tego nie wyszło, a dziś strusie stanowią dodatkową atrakcję – można je zobaczyć idąc nad jezioro. Pomysł był taki, aby stworzyć miejsce natury turystycznej, ale też inne niż wszystkie miejsca dookoła. Wykorzystać bardzo ciekawą niszę między ograniczoną jednak przestrzenią agroturystyką, a resortem. Taką właśnie dużą przestrzenią dla gości jest stodoła. Artur wraz z żoną zaczęli zastanawiać się nad formułą – oboje pracowali wcześniej w korporacjach i Glendorię potraktowali jako projekt. Mają podział obowiązków: Artur odpowiada za rzeczy duże, Krystyna za detale. Proces projektowania budził emocję. „Człowiek chce się pozabijać, ale z drugiej strony to świadczy o zaangażowaniu” – tłumaczy Artur. Chcieli, aby wnętrze nie było zbyt oczywiste: wymieszali rożne rzeczy ze sobą –  trochę z graciarni, trochę z Ikea. Do tego meble kupowane przez ostatnie 15 lat bez określonego przeznaczenia – większość nabyta na zasadzie okazji. Finalnie jest dużo produktów, które tworzą minimalistyczną całość. Poza tym, mając takie prace jakie mieli, bardzo dobrze rozumieli, że nie można tak po prostu zepsuć komuś urlopu. „Korporat chce wykorzystać każdy dzień urlopu” – mówi Artur. Zanim stworzyli Glendorię jeździli po różnych miejscach poza Polską i postanowili odtworzyć pomysł specyficznego luksusowego spędzania czasu. Miało być bardzo wygodnie, wyrafinowanie, dodatkowo przy wykorzystaniu lokalnych zasobów ludzkich. „To co nas wyróżnia to fakt, że mamy bardzo fajnych ludzi, którzy z nami pracują, z którymi mamy fajne relacje” – tłumaczy Artur. „Ten klimat się przekłada i goście to zauważają. Każdy z naszych pracowników przyzwoicie zarabia – jeśli pracownicy są niezadowoleni, to niewłaściwie wykonują swoją pracę. Ludzie dookoła są chętni do pracy, często pracujemy ramię w ramię. Ja lubię gotować więc w zeszłym roku siedziałem w kuchni i mieszałem razem z Paniami”.

Właśnie „mieszanie” okazało się największym wyzwaniem. Oboje mieli talent projektowy, już wcześniej kupowali tony magazynów wnętrzarskich i zapragnęli stworzyć kuchnię, która byłaby kompatybilna z wnętrzem. Dziś w Glendorii gotują dwie Panie z „domu obok” – nigdy nie pracowały w żadnym lokalu gastronomicznym, ale mają wielodzietne rodziny. Musiał być jednak akcent korporacyjny – zaprosili koleżankę, która ma knajpę w Londynie na 7-dniową wizytę. Zrobiła Paniom prawdziwe korporacyjne szkolenie – z flipchartami. Na początku były przerażone, ale finalnie powstało 7-dniowe menu: ja trafiłam na buraka z mascarpone, pierogi, kapuśniak. Plan był taki, aby pomieszać kuchnię lokalną z rzeczami mniej lokalnymi. Mnie brakuje tylko domowej roboty konfitur, dżemów, ale fani domowych produktów w Glendorii mogą spróbować wędzonych ryb z własnej wędzarni (raz w tygodniu na przystawkę są ryby w occie – marynowane sielawki), i wędlin (które serwowane są na śniadanie).

Gledoria to miejsce prawdziwego relaksu. „Na początku był pomysł na chillowanie bez dzieci, jednak rzeczywistość to bardzo szybko zweryfikowała i większość osób przyjeżdża z dziećmi” – opowiada o koncepcji Artur. Jednak dzięki temu, że teren jest wielki nie ma zamętu i każdy czuje się emocjonalnie bezpieczny. Artur mówi, że starają się unikać gości, którzy uważają, że na dzieciach świat się kończy. W Glendorii dzieciaki z pewnością znajdą swoje miejsce. Dniem wyjątkowym jest czwartek – na stołach są obrusy i świece. I mimo, że miało być „na luzie” daje się podsłuchać głosy żon, które odsyłają swoich mężów, aby się przebrali w bardziej eleganckie rzeczy.

Czy historia Artura i Krystyny powinna być zachętą dla innych, którzy chcą uciec od pracy w korporacji, życia w wielkim mieście? Pewnie tak, ale warto zwrócić uwagę, że oboje podeszli do stworzenia Glendorii jak do projektu. Ziemię kupili już od latach 90-tych, kiedy ceny były nieco inne niż dziś. Do tego mieli dobre prace, więc mogli poodkładać trochę pieniędzy. Aby stworzyć miejsce takie jak Glendoria trzeba trochę zainwestować. Artur twierdzi, że z agroturystyki da się żyć pod warunkiem, że nie wyda się wszystkiego. Jednak podkreśla, że bez zaplecza byłoby bardzo trudno. Pracując w Warszawie (Artur miał swoją agencję reklamową, Krystyna była szefem HR w Makro) przyjeżdżali na weekendy. Dopiero kiedy zdecydowali się skończyć pracę postanowili się przenieść i zacząć pracę nad agroturystyką. Glendoria została stworzona jako projekt – przenieśli pewne korporacyjne reguły, co podniosło efektywność i jakość usług. Mają na przykład manual jak sprzątać pokoje, dzięki czemu Panowie odhaczają kolejne punkty, a Gospodarze mają pewność, że o niczym nie zapomnieli. Są wierni zasadzie, że im lepiej coś jest zorganizowane, tym lepiej funkcjonuje i tym bardziej goście są zadowoleni. Artur podkreśla, że ludzie którzy myślą o w łasnej agroturystyce muszą się zastanowić czy będą w stanie zorganizować wokół siebie odpowiedni staff. Agroturystyka to po prostu biznes – i jeśli mamy dzięki niej zarabiać na życie, musimy wszystko przemyśleć i dobrze zaplanować.

Glendoria to wymarzone miejsce na urlop – niekoniecznie na weekendową ucieczkę z dużego miasta. Poza pokojami można podnająć luksusowe namioty, o których marzę od kiedy je zobaczyłam. Warto wiedzieć, że od lipca do sierpnia nie wybierzemy się na weekend do Glendorii – głównie ze względów praktycznych organizowane są turnusy tygodniowe. W sezonie w stodole 2 razy w tygodniu wyświetlane są filmy – Artur i Krystyna doceniają stare kino i takimi też tytułami dzielą się ze swoimi gośćmi:  Solaris, albo Greg Zorba z 69 roku. Z nowszych można obejrzeć Wielki Błekit, ale to zapewne związane jest z pasją Artura – nurkowaniem. Do atrakcji należy mobilne spa (już niedługo napiszemy o tym osobny tekst bo Natalia i jej pomysł zdecydowanie na to zasługują). Jest też baza nurkowa, w której można zrobić kurs, albo wynająć sprzęt i ponurkować sobie w jeziorze Narje. W ciepłe dni duża część życia skupia się na pomoście. Na nudę nie ma miejsca. Ja wybrałam połączenie aktywności z błogim lenistwem – opalenie nad basenem i jogging… niestety podczas ulewnego deszczu. Ale i tak było najpiękniej. I na pewno wrócę, choćby po to, aby robić to samo!

 

Więcej informacji: Glendoria

O Agroturystykach czytaj też: Pokrzywnik 11 oraz Gościniec „pod zielonym jajem”

FacebookTwitterPinterest

Comments

Submit a Comment